22 lip 2017

Rozdział 7

 Jedzenie mnie męczyło… Nie, nie jedzenie, a towarzystwo przy stole. Mama uśmiechała się nazbyt często i zbyt szczebiotliwie odpowiadała na pytania babci. Odnosiłam wrażenie, że zaraz wejdzie jej do gardła. Słowo daję, synowa z teściową nie powinny dogadywać się aż tak dobrze. To niepokojące. Szczególnie patrząc na to, jak często słyszy się o takich przypadkach. Ojciec zezował oczyma na telewizor, co w ogóle mnie nie dziwiło. Robił to odkąd pamiętałam, jakby słuchanie wiadomości podczas kolacji miało uratować jego życie. Gdzieś w środku podejrzewałam, że był uzależniony od tej pieprzonej skrzynki i nie dziwiłam się matce, że chwilami miewała ochotę przydzwonić w szklany ekran krzesłem. Sama podzielałam to pragnienie i cierpliwie oczekiwałam dnia, w którym babcia Ami nas wyręczy.
— Jak szkoła? — zapytał nagle tata.
Wzruszyłam ramionami i zatopiłam się w posiłku. Groszek potrafił być naprawdę fascynujący, kiedy już unikało się z całych sił niechcianych spojrzeń.
— Coś nie tak? — dopytywała podejrzliwa mama. Z miny, jaką mi posłała, jasno mogłam wydedukować, że brak odpowiedzi ją zmartwił.
— Nie. Jest okej — rzuciłam skryta za włosami.
— Tōō chyba nie jest takie straszne, co? — Ojciec dłubał mi dziurę w brzuchu.
— To szkoła, nie dom duchów — odpowiedziałam, unosząc brew.
Roześmiał się, choć nic zabawnego w mojej odpowiedzi nie było. Głośne westchnięcie dobiegło z drugiej części stołu. Z przymkniętymi powiekami czekałam na następny zestaw pytań. Mama zawsze miała do mnie pretensje o to, jak niewiele jej mówiłam. Myślę, że gdzieś w głębi brakowało jej wspólnych zakupów, malowania paznokci czy robienia nawzajem makijażu. Nigdy oczywiście nie dała tego po sobie mocno poznać, ale widziałam czasami u niej owo szczególne, tęskne spojrzenie, jakie matki zwykły posyłać dzieciom, gdy nie wiedziały jak mają do nich dotrzeć.
— Oj przesłuchujecie ją, jakby była na komendzie — zawołała babcia. — Mnie to bardziej interesuje, czy poznała już jakichś ciekawych młodzieńców — dodała, rumieniąc się delikatnie.
Tata natychmiast obrócił głowę, a mama rozszerzyła nieco oczy. Wyglądało na to, że nawet telewizor postanowił zamilknąć. Patrzyli na mnie z widelcami w połowie drogi do ust.
Pół roku wcześniej prychnęłabym pod nosem i zbyła ich ciekawość cynicznym tekstem albo udała, że nic nie słyszałam. Pewnie towarzyszyłaby mi wówczas Flo i przyglądała się całemu zajściu z politowaniem, a zaraz potem wciągnęłaby wszystkich w swoją fascynującą historię o wpadkach, jakie zaliczyła z rodziną w ciągu ostatnich wakacji. Ludzie uwielbiali słuchać opowieści o zabawnych wtopach znajomych. Trochę jakby dzięki temu czuli, że nie tylko oni napotykali problemy na swojej drodze.
Otworzyłam usta, ale w tej samej chwili śmiech ugrzązł mi w gardle i zamiast tego rzuciłam:
— Mam kilku znajomych. — Po czym dodałam na widok radości emanującej z mamy: — Ale to nie jest żadna przyjaźń. I tak rozstaniemy się za kilka miesięcy, kiedy wrócę na studia do Stanów, oni wiedzą.
Kiwali głowami, ale mogłam się założyć, że przyswoili jedynie pierwszą część z całego wywodu. Zresztą nie zamierzałam im nic udowadniać.
— Podasz mi sól, kochanie — zaświergotała mama do taty.
O mały włos się nie zachłysnęłam jedzeniem. Gwałtownie wstałam od stołu i rzuciłam:
— Idę do siebie.
— Minako! — krzyknął ojciec, ale nie słuchałam, nie obejrzawszy się nawet za siebie, pobiegłam do schodów i pobiegłam na piętro.
Leżałam i bezmyślnie wpatrywałam się w ekran komputera, gdy pokój tonął w świetle niewielkiej lampki. Miska z popcornem spoczywała u mego boku, a Hugh Jackman co kilka minut przerywał ciszę panującą wokoło, klnąc i krzycząc. Film był ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, ale nie potrafiłam wymyślić nic bardziej sensownego, a oglądanie kabaretów z resztą rodziny w salonie mnie nie satysfakcjonowało.
Z westchnieniem wstrzymałam odtwarzanie i obróciłam się na plecy. Może powinnam napisać do Yosuke. W końcu to nie tak, że bałam się do niego odezwać czy wolałam trzymać go na dystans piętnastu kilometrów, ale zwyczajnie nie chciałam się narzucać. Jeżeli naprawdę był tak przeziębiony jak mówił, może powinnam chociaż zapytać czy nie czuje się lepiej lub czy niczego nie potrzebuje? Tak wyglądała komunikacja międzyludzka, ale oczywiście ja byłam w tym totalnie do dupy.
Chwyciłam telefon w tej samej chwili, w której dźwięk połączenia przerwał mój spokój. Zatrzymałam palec w połowie ruchu, gdy dostrzegłam nieznany numer.
— Słucham?
— Jesteś w domu? — Usłyszałam.
— Zależy dla kogo.
— Imaizumi, to prosta odpowiedź. Jesteś, albo cię nie ma.
Wywróciłam oczyma. Kąśliwy ton wypowiedzi, żądnego pocałuj mnie w zadek na powitanie, przekonanie, że wszystko mu wolno i brak ogłady. Doskonale znałam odpowiedź na to, kto znajdował się po drugiej stronie.
— To ty — mruknęłam. — No jestem w domu. Czemu pytasz?
— Świetnie, to wyjdź.
Zachłysnęłam się własną śliną.
— Co ty robisz przed moim domem? I skąd wiesz, gdzie mieszkam? — zapytałam.
Głośne warknięcie obiło mi się o uszy.
— Nie zadawaj głupich pytań! Otwórz mi drzwi — wysyczał.
Przestraszona tym, że mógłby wcisnąć dzwonek, w ciągu zaledwie dziesięciu sekund znalazłam się przy drzwiach wejściowych. Ostatnim czego chciałam, to tata, mama albo, nie daj boże, babcia otwierający mu. Gwałtownie pociągnęłam za klamkę, marszcząc gniewnie czoło.
— Ile można czekać? — zawarczał.
Miałam ochotę kopnąć go w jaja. Z całej siły i mocnego rozmachu.
Stał po drugiej stronie, całkowicie w cieniu. Kaptur przesłaniał mu całą twarz i z mojej perspektywy wyglądał, jakby nie mieścił się we framudze. Dłonią dotykał głowy, mamrocząc pod nosem.
— O co cho… Mój boże, co ci się stało?! — wysapałam, kiedy się zbliżył.
Nic dziwnego, że się zasłaniał. Mimo opalenizny doskonale widać było ślady zaschniętej krwi na jego policzku. Z rozciętej wargi spływała co chwilę wąska stróżka tak szybko mknąca w dół, że nie nadążał jej ścierać. Rękaw przyciskał do brwi, prawdopodobnie rozciętej, a jego nos całkowicie pokrywała czerwień.
Bez słowa pociągnęłam Aomine za sobą na górę wprost do łazienki i nakazałam mu ściągnąć zabrudzone rzeczy.
— Daj, wrzucę do prania.
Zatrzymał się w połowie ruchu. W jasnym pomieszczeniu jego oczy zdawały się być niebieskie jak ocean. Porażająco czysty i głęboki.
— Nie trzeba. Wystarczy zaprać to gówno — syknął.
Nie miałam zamiaru z nim dyskutować, podobnie jak nie zamierzałam pozwalać mu wrócić do domu z brudnymi, umazanymi w krwi ubraniami. Szybko chwyciłam granatową bluzę i wrzuciłam do pralki, pomimo syknięć i sprzeciwów.
— Mówiłem ci… — zaczął. Pochylony nad umywalką obmywał twarz dłonią i czyścił ręce. Spojrzał na mnie krzywo przez ramię, lecz natychmiast zamknął oko, ponieważ krew w dalszym ciągu lała się ze zranionej brwi.
Westchnęłam.
— Musi ci ktoś założyć szwy — rzuciłam. — Inaczej zostanie blizna.
Aomine zesztywniał i prychnął pod nosem. Przeczuwałam, że nie na rękę było mu powiadamianie kogokolwiek o tym incydencie. Co tu się dziwić, z pewnością miałby przez to niemałe problemy. Nie zamierzałam się w to mieszać. Jeżeli był wystarczająco głupi, aby z takimi gabarytami pakować się w bójkę, to powinien znieść kilka zadrapań i niewielki krwotok nosa.
Przyglądałam mu się krótką chwilę, gdy nieporadnie usiłował się doczyścić. W końcu wywróciłam oczyma i podeszłam do umywalki.
— Siadaj na kiblu — poleciłam.
Skrzywił się zdecydowanie niezadowolony ani z mojego tonu, ani z tego co chciałam uczynić. Dumna postawa i o dziesięć centymetrów wyższa sylwetka nie mogły mnie zniechęcić.
— Zamierzasz się kłócić? Teraz? — dopytywałam.
Najwidoczniej także uznał tę walkę za bezsensowną, gdyż po chwili zasiadł na wannie. Czy zawsze musiał stawiać na swoim? To robiło się męczące.
Zwilżyłam ręcznik i delikatnie przyciągnęłam go do skroni, na co Aomine rzucił mi srogie spojrzenie, ale nic nie powiedział.
— Nie zamierzam ci pozwolić wykrwawić się w mojej łazience — rzuciłam, uśmiechając się lekko. — Jak niby miałabym wyjaśnić to policji… albo rodzicom — dodałam.
Siedział cicho i przyglądał mi się uważnie. Jego twarz zupełnie pozbawiona wyrazu wyglądała jak mieszanina nędzy i politowania. Po raz pierwszy stałam tak blisko niego i wprawiało mnie to w lekki dyskomfort. Nie zwykłam tak spoufalać się z mężczyznami, ale właściwie dopóki nie poznałam jego oraz Yosuke z żadnym facetem nie rozmawiałam dłużej niż przez dziesięć minut.
— Przesadzasz — rzekł, a w jego tonie nie pobrzmiewała ani krztyna złośliwości. Po prostu siedział z nogami rozłożonymi przed sobą i unosił głowę. Posłusznie. Przez myśl przebiegło mi, że poddał się, ponieważ był zmęczony.
Nachylałam się nad nim i prawdopodobnie chuchałam mu powietrzem prosto w twarz. Po co to robiłam? Ledwie go znałam. Dwadzieścia dni. Był mi przecież obojętny. Nie rozmawiałam z nim. O nic nie prosiłam. Mogłam wyrzucić go za drzwi albo pozwolić zająć się tym gównem samemu.
Mimo natrętnych myśli, po kolei ścierałam brudne smugi z jego czoła, odsuwałam na bok kosmyki włosów — nie umknęło mej uwadze jak bardzo gładkie i miłe w dotyku były — by móc doczyścić skronie. Delikatnie przecierałam ręcznikiem nos, który, dzięki boku, przestał już krwawić. Co dalej? Miałam mu wyczyścić też szyję?
Zarumieniona wskazałam na jego dekolt i mruknęłam:
— Plamę masz… trochę tak. — Odwróciłam wzrok.
— Nie zapytasz co się stało? — rzucił nagle.
— Nie.
Aomine stanowił zaprzeczenie mej opinii o Japończykach. Wielki, szeroki, do tego przyjemnie pachniał i posiadał niecodzienny odcień włosów. Za wysoki, zbyt mocno opalony, zbyt nieprzewidywalny. Nie pasował do mojego obrazu. Był… inny. Tak jak ja. Chyba dlatego w ogóle chciałam przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
— Skąd masz mój numer? — zapytałam.
Wzruszył ramionami. Chryste, naprawdę był szeroki i jednocześnie szalenie smukły. Mięśnie rysowały się pod ciasną, czarną koszulką, którą miał ma sobie.
— Od Satsuki — mruknął.
Zrozumiałam, że mój adres dziewczyna także mu podała.
— Dlaczego…
— Bo by się zagęgała, gdybym do niej poszedł — przerwał mi. — Ty nie klepiesz bezsensu i nie jesteś tak bardzo wkurzająca.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie byłam tak bardzo wkurzająca, co oznaczało, że zasługiwałam na większy przejaw zaufania od jego własnej dziewczyny? Gdzie w tym wszystkim logika? Nie miał pewności czy nie spanikowałabym na widok jego twarzy niemalże całej zalanej krwią. Nawet nie wiedział czy znajdowałam się w domu. Ten facet był pełen sprzeczności.
— Gotowe — przemówiłam.
Gorąco zalało moje policzki, więc natychmiast obróciłam się do niego plecami i podeszłam do umywalki. Zasłoniłam się włosami. Westchnęłam głęboko na widok zachlapanej ceramiki i płytek. Nie mogłam zostawić łazienki w takim stanie. Nie daj boże rodzice wpadliby do środka w tej samej chwili, w której opuściłabym toaletę. Masa niepotrzebnych pytań i podejrzliwe spojrzenia nie były tym, czego aktualnie potrzebowałam.
— Sprzątnę tutaj. Zaczekaj na mnie w pokoju. Drugie drzwi na lewo — poinformowałam.
— Pójdę już do domu.
Wywróciłam oczyma, ścierając z płytek różowe zacieki.
— Nie pójdziesz w samej koszulce. Dam ci bluzę. Powinnam coś znaleźć.
Nie odpowiedział. Wyminął mnie i jak poleciłam udał się do pokoju.
Sprzątnięcie bałaganu zajęło mi dobre kilka minut. Papier co chwilę spłukiwałam w toalecie, by pozostawić jak najmniej śladów po tym co zaszło. Nawet lustro nosiło kilka małych kropel krwi. Nie wspominając o zapaćkanej podłodze, z której zmuszona byłam zeskrobywać czerwone kleksy. Mężczyźni sprawiali same kłopoty, dokładnie tak mówiła moja mama.
Aomine siedział na hamaku przymocowanym w rogu pokoju. Odchylony do tyłu z rękoma za głową i zamkniętymi oczyma trzymał na kolanach pustą miskę po popcornie. Spał? Chyba nie miał trudności z zasypianiem. Podczas szkolnych przerw wielokrotnie widziałam jak ucinał sobie drzemkę na parapetach bądź zajmował otwarte sale lekcyjne. Wszędzie potrafił znaleźć odpowiednie miejsce.
Obrzuciłam go krótkim spojrzeniem i podeszłam do szafki.
Za mała, za mała, za krótka, zbyt kobieca, za czerwona.
Po kolei odsuwałam wieszaki. Tata jako zapalony fan Soxów, Celtics i prawdopodobnie wszystkich drużyn, jakie kiedykolwiek reprezentowały Boston, podsuwał mi co chwilę coraz to dziwniejsze ciuchy — głównie bluzy i koszulki — a ja jako sportowy idiota odkładałam wszystkie do szafy, aby nie robić mu przykrości. Od czasu do czasu nosiłam je po domu i niekiedy zakładałam, gdy wybierałam się do sklepu. Im większa, tym lepsza, a przede wszystkim cieplejsza.
Zerknęłam szybko na metkę. Yosuke wspominał o rozmiarze xxl, więc powinna być dobra.
— Lubisz amerykański bejsbol? — zapytałam.
Cisza, jaka nastąpiła po tych słowach była ogłuszająca. Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na Daikiego. Wpatrywał się w zdjęcia przyklejone do ściany. Kilka dni wcześniej po odebraniu wywołanych fotografii zapełniłam ostatnie puste miejsca. Większość z nich nie nadawała się do oglądania. Część przedstawiała ludzi. Staruszków, noworodków, łzy, krew, stare, opuszczone budynki. Z tego co pamiętałam, gdzieś znajdował się również szczur z kawałkiem chleba w łapkach. Wszystkie monochromatyczne. Różnił je jedynie filtr.
Niespodziewanie poczułam się naga. Odnosiłam wrażenie, że patrzył wprost na mnie. Głęboko i uporczywie. Czułam się jak gdyby przyglądał się scenom ukazanym na zdjęciach moimi oczyma. Uśmiechniętej twarzy mamy, wywróconemu do góry brzuchem Pasztetowi, panu Aaronowi, który tańczył z kosiarką. Widział moje życie. Znajomych. Pijaną twarz, gdy usiłowałam zrobić zeza. Nawet zdjęcie zrobione przez Flo, kiedy zdenerwowana leżałam pod bramką z telefonem w dłoni na zajęciach wuefu.
Nie podobało mi się to uczucie.
Aomine stanowił zbyt intensywny dodatek dla mojego zacisza. Nawet milczący wprowadzał niepewność i powodował, że zagryzałam dolną wargę ze zdenerwowania. Po co patrzył? Chciał mnie wyśmiać? Ignorować? Nie lubiłam, kiedy ktokolwiek wgapiał się w moje prace. Przywiązywałam niesamowitą wagę do swoich dzieł i wkładałam w nie całe serce. Nie chciałam, aby inni je oglądali.
Podeszłam do niego i rzuciłam mu bluzę na kolana. Dopiero wtedy zmarszczył brwi, aż plaster najechał na jego oko.
Taki stan rzeczy odpowiadał mi znacznie bardziej.
— Cleveland Indians? — zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
— Większej nie mam.
Chwycił w dłonie jasną bluzę i pośpiesznie przełożył ją przez głowę. Nie mogłam uwierzyć w to, że była na niego za duża.
— Mogę dać ci mniejszą — zaproponowałam. — Ale nie wiem czy lubisz Metsów. Mam jeszcze Lakersów, gdybyś wolał…
— Ta jest okej. Oglądasz Labirynt? — Skinął głową w kierunku komputera, gdzie Jake Gyllenhaal i Hugh Jackman prowadzili ożywioną rozmowę.
— Lubisz filmy? — zaciekawiłam się.
— Trochę — mruknął, drapiąc się po karku. — A z tobą jak? Interesujesz się koszem? — Wskazał na mnie i moją koszulkę fanowską.
— Tata jest fizjoterapeutą sportowym. Dostaje różne rzeczy, wiele kupuje. Podobno jest dobry.
Z tym stwierdzeniem utracił całe zainteresowanie wszystkim co znajdowało się wokoło niego. Stanął na nogi i rzekł:
— Wygląda na to, że twój ojciec jest ciekawszy od ciebie.
Zacisnęłam zęby, chcąc powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś głupiego, ale zirytowana oparłam tylko dłonie na biodrach i warknęłam:
— Mówił ci już ktoś, że jesteś palantem?
W odpowiedzi zaśmiał się nisko i odparł:
— Wakamatsu powtarza to na okrągło. — Zrobił kilka kroków w stronę wyjścia. — Czas na mnie, Imaizumi. Oddam ci ją w poniedziałek przed szkołą.
Po czym odszedł. Nie dziękując za nic. Po raz kolejny zostawił mnie bez pożegnania, lecz tym razem z głupią myślą, że poniedziałkowego ranka także miał na mnie czekać przy tunelu.
Poirytowana jego arogancją ugryzłam się w język.