21 lip 2017

Rozdział 6

Po wpisaniu w wyszukiwarkę imienia Aomine przeżyłam szok, jakiego się nie spodziewałam. Fakt istnienia czegoś takiego jak Pokolenie Cudów przeczył logice mego rozumowania. Po pierwsze sama nazwa brzmiała dosyć prostacko i niezbyt zachęcająco. Po drugie giganci koszykówki w wieku czternastu, czy ilu tam, lat to istny absurd. Tak sądziłam, dopóki nie trafiłam na filmiki na YouTube, gdzie ukazana była gra domniemanego Pokolenia. Wówczas straciłam zdolność mowy na około piętnaście minut i bezustannie wgapiałam się w ekran laptopa, nie wyobrażając sobie, by podobne akrobacje były w ogóle możliwe. Bo nie były, a przynajmniej nie dla osób mojego szczebla.
Szybko zrozumiałam, że Aomine stał na szczycie drabiny ewolucji fizycznej. Wraz z piątką kolegów wspinał się po niej bez przerwy i udoskonalał swoje zdolności. Właściwie czwórką, ponieważ szóstego członka grupy nie potrafiłam wyłapać z tłumu.
O Akashim zdołałam dowiedzieć się, że był synem znanego przedsiębiorcy i uczęszczał do Rakuzan, najlepszej szkoły średniej w całym kraju. Midorima był nieuchwytny, prócz zdjęcia nie udało mi się odnaleźć nic więcej. Kise zajmował się modelingiem i, o raju, pragnęłam kiedyś wykonać mu kilka zdjęć, ponieważ idealne rysy jego twarzy sprawiały, że mój aparat sam rwał się do pracy. O Murasakibarze nie wyszukałam nic znaczącego. Wspomniany był jedynie jego wzrost — obecnie całe dwa metry jedenaście centymetrów, plus załączono fotografię szkolną, gdzie stał w towarzystwie chłopaka o czarnych włosach i pałaszował ciasteczka. Natomiast Aomine…
Był rewelacyjny w tym co robił. Każdą minutę filmiku z jego udziałem oglądałam z szeroko otwartymi oczyma i usiłowałam wyłapywać wszystkie szczegóły. Sposób, w jaki się poruszał, stanowił absolutne wcielenie dzikości i wielkiej pasji. Dla tego chłopaka słowo limit prawdopodobnie nie istniało. Przekraczał najśmielsze oczekiwania. Zachowywał się jak niepohamowany, dziki kot. Chryste, jak bardzo musiał kochać koszykówkę i jak wiele radości musiała ona mu dawać, skoro nosił miano najbardziej uzdolnionego spośród całego Pokolenia.
Od chwili, gdy wtargnęłam u boku Seksiaka na salę gimnastyczną, minął tydzień. Zaskakująco nudny. Każdego dnia wracałam do domu tuż po zakończonych zajęciach, raz z Seisi’m, raz z Aomine — tu warto dodać, że nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, a ja odniosłam wrażenie, że był na mnie obrażony, choć brzmiało to równie absurdalnie co hasło śnieg w Meksyku. Spędzaliśmy we trójkę niemalże każdą przerwę, a Yosuke trajkotał w najlepsze. Ja udawałam, że słuchałam, a Daiki spał. Potem wkładałam słuchawki i zatracałam się w muzyce. Czytałam książkę, a raz nawet udało mi się wpaść na Satsuki i zamienić z nią dwa słowa.
Środowego ranka kroczyłam w kierunku szkoły u boku Aomine, a niezmącona cisza pomiędzy nami sprawiała, że zadręczałam się tym, że być może rzeczywiście czyś go uraziłam. Pojawił się znikąd i dołączył do mnie. Bez żadnego cześć albo pocałuj mnie gdzieś. Milczał, ziewał co kilka sekund i przeczesywał palcami włosy.
Niewiele z nim zamieniałam słów. Zwykle pytał się o odpowiedzi do zadań, albo podrzucał mi kanapkę do plecaka, przy okazji zabierając wszelkie napotkane słodycze. Nie widziałam zastrzeżeń, dopóki jego mama robiła pyszne śniadania, a chleb był świeży. Swoją droga, skąd mieli coś takiego? I dlaczego nie jadał ryżu jak przystało na pełnoprawnego Japończyka?
Otworzyłam usta, aby zadać mu pytanie dotyczące jego relacji z Satsuki, lecz natychmiast odsunęłam od siebie ten pomysł. Zamiast tego obróciłam głowę w drugą stronę. W oczy rzuciło mi się, że niewiele czasu z nią spędzał. Praktycznie chadzali innymi ścieżkami i widywali się zaledwie w sali gimnastycznej. Potęgowało to moją ciekawość, ale nie chciałam wychodzić na wścibską, dlatego rezygnowałam, nim pytanie opuściło moje wargi.
— Nigdy nic nie mówisz — rzucił niespodziewanie, aż obrzuciłam go niedowierzającym spojrzeniem.
— Nie potrafię od tak wymyślić ciekawego tematu do rozmowy — odparłam lekko. W ciągu siedmiu dni jesień na dobre zagościła w Tokio.
— Może to lepiej — zamyślił się, unosząc głowę. — Mamy już jednego, który nigdy się nie zamyka.
Skinęłam głową, skupiając uwagę na jezdni. Aomine spojrzał na mnie zachmurzony i zmarszczył czoło jeszcze bardziej.
— Nie ignoruj mnie — warknął.
Wywróciłam oczyma.
— Powiedziałeś jakiś czas temu, że wolisz, kiedy się nie odzywam.
Niepewnie przytaknął, najwyraźniej nie pojmując co miałam na myśli.
— Taki obrót spraw pasuje mi bardziej — dodałam.
— Wszystkie moje słowa tak zapamiętujesz? — prychnął, ale mogłam się założyć, że żartował.
— Kto wie — rzuciłam, przechodząc przez ulicę. — Może powinieneś uważać na to, co mówisz?
— Hę? — zawołał za mną. — Jaja sobie robisz?
Z trudem powstrzymałam się od śmiechu. Bywały chwile, gdy jego opryskliwość mnie porażała, ale sądziłam, że to cecha wspólna sportowców. Ostatecznie posiadał znacznie lepszy charakter niż jakikolwiek młody futbolista, którego spotkałam w Stanach.
Po Yosuke nie było śladu. Nie odzywał się. Nie napisał ani jednej wiadomości oraz nie stał przed tunelem, gdzie spotykaliśmy się każdego ranka. Wyglądało na to, że nie zamierzał przyjść do szkoły. Nie wiedziałam jak powinnam zareagować. Nie przyjaźniliśmy się, dlatego nie miałam prawa wypytywać nikogo o powód nieobecności Seksiaka. Niemniej był to pierwszy raz, gdy nie dostałam od niego ani jednego esemesa, odkąd rozpoczęłam naukę w Tōō, a przecież bywały chwile, w których wypisywał mi co tylko przyszło mu na myśl.
Ostatecznie zaniechałam wszelkich planów związanych z dopytywaniem się o szczegóły.
Podczas jednej z przerw siedziałam w klasie zupełnie sama i opierałam głowę na nadgarstku. Znudzonym wzrokiem wpatrywałam się w książkę leżącą przede mną. Nie miałam ochoty na czytanie. Muzyka cicho rozbrzmiewała w moich uszach.
Westchnęłam głęboko.
Drzwi kliknęły delikatnie, a ja uniosłam głowę i zmarszczyłam brwi. Zupełnie nikt nie wiedział, gdzie byłam — tak mi się wydawało. Chciałam pobyć chwilę absolutnie sama.
Wysoka, szczupła blondynka wsunęła się do środka. Jej lśniące, proste, ostrzyżone do ramion włosy poruszały się przy każdym ruchu. Warknęłam w duchu. Kolejna idealna przedstawicielka japońskiej społeczności. Miałam ochotę coraz częściej pozabijać je wszystkie.
— Cześć, Imaizumi, tak? — zagadnęła.
Zamknęłam książkę i wyprostowałam się.
— Tak — odpowiedziałam krótko.
Uśmiechnęła się szeroko, lecz ja nie odwzajemniłam gestu.
Czego chciała? Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek ją widziała, choćby na korytarzach. Nieczęsto zresztą tam bywałam i starałam się unikać zatłoczonych miejsc.
Nieznajoma podeszła do ławki obok i usiadła na krześle. Założyła nogę na nogę.
Uniosłam brew. Zapowiadało się ciekawie. Nigdy nie miałam cierpliwości do lalek jej typu. W pełnym makijażu i ułożonych włosach. Sama nie zawracałam sobie tym zbytnio głowy. Tusz do rzęs i puder wystarczały mi aż nadto. Mocniejszego podkreślenia oczu spróbowałam raptem raz i porzuciłam to natychmiast po tym, jak połyskujące drobinki przykleiły mi się do wizjera aparatu. Przez trzy dni usiłowałam całkowicie oczyścić szkiełko i wypróbowałam chyba setkę sposobów, co kolejny to gorszy. Na koniec przeklęłam bogów makijażu i wróciłam do minimalizmu.
— Chciałam zapytać, czy nie dołączyłabyś do naszego klubu. W końcu i tak musisz jakiś wybrać — odparła.
Nie rozumiałam, dlaczego przyszła z tym akurat do mnie. Ludzie unikali mnie odkąd rozpoczęłam naukę w Tōō. Przez dwadzieścia dni właściwie skazana byłam na siebie, Yosuke i Aomine. Nikt nawet na mnie nie spoglądał i udawano, że nie istniałam. Nie żeby mi to przeszkadzało. Wolałam taki obrót spraw, niżeli miałabym być w centrum uwagi. Nie należałam do tego społeczeństwa. Akademia Tōō nie przyjęła mnie z otwartymi ramionami, ale też nie spotkałam się z niechęcią.
— Wybrałam zajęcia artystyczne — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Westchnęła głęboko.
— Szkoda. Jeżeli coś się zmieni, to wpadnij do nas w poniedziałek na długiej przerwie — powiedziała, po czym stanęła na nogi i wygładziła spódniczkę. — Będziemy w sali gimnastycznej.
Przez chwilę nie odpowiadałam. Zastanawiałam się czy blondynka należała do grupy gimnastyczek, której niedawno się przyglądałam. Może gdybym spróbowała, pozwoliłyby mi uczestniczyć tylko połowicznie. Wykonywałabym zdjęcia i nie zawracała sobie głowy rozciąganiem, podciąganiem i resztą lekkoatletycznego gówna.
— Jaki to klub? — zapytałam.
— Siatkarski. Jestem kapitanem. Ayame Itsuko.
— Dzięki, zastanowię się — skłamałam.
Dziewczyna skinęła głową i uśmiechnęła się delikatnie, jednak już bez większego przekonania. Prawdopodobnie wiedziała, że ją spławiłam. Nietrudno było się domyśleć. Szczególnie po tym, że natychmiast pochyliłam głowę i otworzyłam książkę.
Nie zamierzałam skorzystać z jej oferty. Nie nadawałam się do tego. Ledwie potrafiłam przebić piłkę na drugą stronę i prawdopodobnie przepuściłabym wszystkie możliwe podania już podczas treningu.
Poczekałam aż wyszła i sięgnęłam po telefon. Zero połączeń. Zero powiadomień. Zero wiadomości. Bez zastanowienia szybko wystukałam:
Ja: Nie ma cię w szkole. Wszystko ok?
Nie minęła nawet minuta, kiedy otrzymałam odpowiedź.
Yo: Tęsknisz za mną? Wiedziałem, że też mnie uwielbiasz. To słodkie.
Wywróciłam oczyma.
Ja: Za dużo sobie wyobrażasz. Napawam się spokojem.
Yo: Dlaczego żadna kobieta nie potrafi mnie kochać tak jak ja kocham was wszystkie? Ranicie mnie!
Ja: Chyba masz gorączkę (uśmiech). Wypoczywaj.
Yo: Tak jest ma’am! Btw, będę dopiero w następnym tygodniu. Grypa.
Ja: Więc mam dużo czasu na odpoczynek od ciebie. Wracaj szybko do zdrowia.
Pośpiesznie wcisnęłam klawisz wyślij, zanim zdołałam się rozmyślić.
Dopiero po krótkiej rozmowie z Seksiakiem udało mi się skupić na treści książki.
Między piątą a szóstą godziną lekcyjną siedziałam na parapecie w najdalszej części szkoły i przeglądałam Facebooka. Nie miałam czym zająć dłoni, ani na czym się skupić, a za oknem panowała ulewa. Śledziłam zatem poczynania Flo, a moje brwi unosiły się coraz wyżej, wraz z każdą kolejną odnotowaną imprezą. Dwie domówki i parapetówka w ciągu tygodnia. W dodatku u znacznie starszego od siebie faceta, którego nawet nie znałam. Najwidoczniej Florida nie próżnowała i tym razem. Cholera, żałowałam, że zostawiłam jej Paszteta. Była tak nieodpowiedzialna jak tylko się dało. To jedynie dostarczało mi dodatkowej porcji zmartwień.
Zaklęłam cicho pod nosem i odłożyłam telefon na bok. Głowę oparłam o ścianę, zamknęłam oczy.
Jak mogłam zostawić jej Pasztecika? Przecież ten stary wyga jadł za dwóch, przynajmniej trzy razy w ciągu dnia wymagał spaceru i cierpiał na nadpobudliwość. Opieka nad nim przypominała bardziej zajmowanie się dzieckiem niż jakimkolwiek innym zwierzakiem, a Flo… Flo czerpała z życia ile się tylko dało i nie zamierzała przestać, dopóki nie osiągnie pełnoletności, zaś rodzice nie wymogą na niej udania się na studia.
— Twój pies?
Uchyliłam jedną powiekę.
— I przyjaciółka — dodałam.
Aomine siedział po drugiej stronie parapetu w takiej samej pozycji jak wówczas, gdy spotkałam go po raz pierwszy. W rozkroku, pochylony do przodu z łokciami opartymi na kolanach. Spoglądał w bok na wyświetlacz mojego telefonu, gdzie Flo kucała obok Paszteta.
Zmarszczyłam czoło, kiedy uderzyła mnie pewna myśl.
— Skąd pomysł, że jest mój?
Uniósł powoli wzrok i wzruszył ramionami. Przyglądał mi się przez chwilę, po czym nagle rzekł:
— Trzyma go na dystans. Ludzie zwykle tulą do siebie psiaki.
Zaśmiałam się gorzko, po czym podciągnęłam nogi.
— Dużo wiesz, co? — rzuciłam.
— Każdy idiota by się tego domyślił — mruknął. — Poza tym Satsuki zawsze tuli się do Dwójki jak kretynka. To jedna z jej najbardziej denerwujących cech.
Rozszerzyłam oczy. Nie miałam pojęcia, o czym mówił i co do tego wszystkiego miała Momoi.
— Co to Dwójka? — zapytałam i zaraz po tym miałam ochotę palnąć się w łeb. Co mnie to obchodziło? Nie chciałam wdawać się z nim w rozmowę. Szczególnie po tym, jak określił swoją dziewczynę kretynką.
— Kundel Tetsu.
Stanął na nogi i ziewnął.
Tetsu musiało być skrótem od imienia szóstego członka Pokolenia, Tetsuyi. Tego, o którym nie znalazłam żadnych informacji, prócz imienia i szkoły do jakiej uczęszczał. Nie chciałam wychodzić na wścibską, więc nie wypytywałam dłużej. Dostatecznie dużym zaskoczeniem dla mnie była całkiem przyjazna postawa Aomine w odróżnieniu od tej, na którą naraził mnie rano. Nawet nie podejrzewałam, że z nim można porozmawiać także bez warczenia, bez krzywych spojrzeń oraz bez zgrzytów.
— Masz. — Usłyszałam, a zaraz potem niewielki przedmiot wylądował na moich nogach.
— Co to?
— Baton, Imaizumi, to chyba widać. Nie lubię być nikomu dłużny.
Przekrzywiłam głowę na bok w zastanowieniu. Niczego ostatnio mu nie dawałam. Prócz zadań domowych, ale te się nie liczyły, zważywszy na to, że i tak nie potrafił ich rozszyfrować.
Wzruszył ramionami i podrapał się po karku.
— Oddaję za tego, którego wziąłem ci ostatnio.
Patrzyłam na niego w szoku, kiedy obrócił się i odszedł. Machnął jeszcze dłonią, co prawdopodobnie miało zastąpić zwykłe na razie i zniknął za rogiem.
Zostałam sama z batonem o nadzieniu bananowym w dłoni i zaskoczeniem przekraczającym mój miesięczny limit. Nie rozumiałam co powinnam myśleć ani jak się zachować. To naprawdę był on? Kawał mi wykręcał? Zupełnie normalna rozmowa i tylko jedna kąśliwa uwaga skierowana w dodatku do kogoś innego niż Minako Imaizumi? Oszalał bez wątpienia.
A jednak podejrzanym było widzieć go w zupełnie innym humorze. To tylko rzuciło nowe światło na osobę Daiki’ego i sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie oceniłam go zbyt pochopnie. Podobnie jak Seksiaka.