22 lip 2017

Rozdział 7

 Jedzenie mnie męczyło… Nie, nie jedzenie, a towarzystwo przy stole. Mama uśmiechała się nazbyt często i zbyt szczebiotliwie odpowiadała na pytania babci. Odnosiłam wrażenie, że zaraz wejdzie jej do gardła. Słowo daję, synowa z teściową nie powinny dogadywać się aż tak dobrze. To niepokojące. Szczególnie patrząc na to, jak często słyszy się o takich przypadkach. Ojciec zezował oczyma na telewizor, co w ogóle mnie nie dziwiło. Robił to odkąd pamiętałam, jakby słuchanie wiadomości podczas kolacji miało uratować jego życie. Gdzieś w środku podejrzewałam, że był uzależniony od tej pieprzonej skrzynki i nie dziwiłam się matce, że chwilami miewała ochotę przydzwonić w szklany ekran krzesłem. Sama podzielałam to pragnienie i cierpliwie oczekiwałam dnia, w którym babcia Ami nas wyręczy.
— Jak szkoła? — zapytał nagle tata.
Wzruszyłam ramionami i zatopiłam się w posiłku. Groszek potrafił być naprawdę fascynujący, kiedy już unikało się z całych sił niechcianych spojrzeń.
— Coś nie tak? — dopytywała podejrzliwa mama. Z miny, jaką mi posłała, jasno mogłam wydedukować, że brak odpowiedzi ją zmartwił.
— Nie. Jest okej — rzuciłam skryta za włosami.
— Tōō chyba nie jest takie straszne, co? — Ojciec dłubał mi dziurę w brzuchu.
— To szkoła, nie dom duchów — odpowiedziałam, unosząc brew.
Roześmiał się, choć nic zabawnego w mojej odpowiedzi nie było. Głośne westchnięcie dobiegło z drugiej części stołu. Z przymkniętymi powiekami czekałam na następny zestaw pytań. Mama zawsze miała do mnie pretensje o to, jak niewiele jej mówiłam. Myślę, że gdzieś w głębi brakowało jej wspólnych zakupów, malowania paznokci czy robienia nawzajem makijażu. Nigdy oczywiście nie dała tego po sobie mocno poznać, ale widziałam czasami u niej owo szczególne, tęskne spojrzenie, jakie matki zwykły posyłać dzieciom, gdy nie wiedziały jak mają do nich dotrzeć.
— Oj przesłuchujecie ją, jakby była na komendzie — zawołała babcia. — Mnie to bardziej interesuje, czy poznała już jakichś ciekawych młodzieńców — dodała, rumieniąc się delikatnie.
Tata natychmiast obrócił głowę, a mama rozszerzyła nieco oczy. Wyglądało na to, że nawet telewizor postanowił zamilknąć. Patrzyli na mnie z widelcami w połowie drogi do ust.
Pół roku wcześniej prychnęłabym pod nosem i zbyła ich ciekawość cynicznym tekstem albo udała, że nic nie słyszałam. Pewnie towarzyszyłaby mi wówczas Flo i przyglądała się całemu zajściu z politowaniem, a zaraz potem wciągnęłaby wszystkich w swoją fascynującą historię o wpadkach, jakie zaliczyła z rodziną w ciągu ostatnich wakacji. Ludzie uwielbiali słuchać opowieści o zabawnych wtopach znajomych. Trochę jakby dzięki temu czuli, że nie tylko oni napotykali problemy na swojej drodze.
Otworzyłam usta, ale w tej samej chwili śmiech ugrzązł mi w gardle i zamiast tego rzuciłam:
— Mam kilku znajomych. — Po czym dodałam na widok radości emanującej z mamy: — Ale to nie jest żadna przyjaźń. I tak rozstaniemy się za kilka miesięcy, kiedy wrócę na studia do Stanów, oni wiedzą.
Kiwali głowami, ale mogłam się założyć, że przyswoili jedynie pierwszą część z całego wywodu. Zresztą nie zamierzałam im nic udowadniać.
— Podasz mi sól, kochanie — zaświergotała mama do taty.
O mały włos się nie zachłysnęłam jedzeniem. Gwałtownie wstałam od stołu i rzuciłam:
— Idę do siebie.
— Minako! — krzyknął ojciec, ale nie słuchałam, nie obejrzawszy się nawet za siebie, pobiegłam do schodów i pobiegłam na piętro.
Leżałam i bezmyślnie wpatrywałam się w ekran komputera, gdy pokój tonął w świetle niewielkiej lampki. Miska z popcornem spoczywała u mego boku, a Hugh Jackman co kilka minut przerywał ciszę panującą wokoło, klnąc i krzycząc. Film był ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, ale nie potrafiłam wymyślić nic bardziej sensownego, a oglądanie kabaretów z resztą rodziny w salonie mnie nie satysfakcjonowało.
Z westchnieniem wstrzymałam odtwarzanie i obróciłam się na plecy. Może powinnam napisać do Yosuke. W końcu to nie tak, że bałam się do niego odezwać czy wolałam trzymać go na dystans piętnastu kilometrów, ale zwyczajnie nie chciałam się narzucać. Jeżeli naprawdę był tak przeziębiony jak mówił, może powinnam chociaż zapytać czy nie czuje się lepiej lub czy niczego nie potrzebuje? Tak wyglądała komunikacja międzyludzka, ale oczywiście ja byłam w tym totalnie do dupy.
Chwyciłam telefon w tej samej chwili, w której dźwięk połączenia przerwał mój spokój. Zatrzymałam palec w połowie ruchu, gdy dostrzegłam nieznany numer.
— Słucham?
— Jesteś w domu? — Usłyszałam.
— Zależy dla kogo.
— Imaizumi, to prosta odpowiedź. Jesteś, albo cię nie ma.
Wywróciłam oczyma. Kąśliwy ton wypowiedzi, żądnego pocałuj mnie w zadek na powitanie, przekonanie, że wszystko mu wolno i brak ogłady. Doskonale znałam odpowiedź na to, kto znajdował się po drugiej stronie.
— To ty — mruknęłam. — No jestem w domu. Czemu pytasz?
— Świetnie, to wyjdź.
Zachłysnęłam się własną śliną.
— Co ty robisz przed moim domem? I skąd wiesz, gdzie mieszkam? — zapytałam.
Głośne warknięcie obiło mi się o uszy.
— Nie zadawaj głupich pytań! Otwórz mi drzwi — wysyczał.
Przestraszona tym, że mógłby wcisnąć dzwonek, w ciągu zaledwie dziesięciu sekund znalazłam się przy drzwiach wejściowych. Ostatnim czego chciałam, to tata, mama albo, nie daj boże, babcia otwierający mu. Gwałtownie pociągnęłam za klamkę, marszcząc gniewnie czoło.
— Ile można czekać? — zawarczał.
Miałam ochotę kopnąć go w jaja. Z całej siły i mocnego rozmachu.
Stał po drugiej stronie, całkowicie w cieniu. Kaptur przesłaniał mu całą twarz i z mojej perspektywy wyglądał, jakby nie mieścił się we framudze. Dłonią dotykał głowy, mamrocząc pod nosem.
— O co cho… Mój boże, co ci się stało?! — wysapałam, kiedy się zbliżył.
Nic dziwnego, że się zasłaniał. Mimo opalenizny doskonale widać było ślady zaschniętej krwi na jego policzku. Z rozciętej wargi spływała co chwilę wąska stróżka tak szybko mknąca w dół, że nie nadążał jej ścierać. Rękaw przyciskał do brwi, prawdopodobnie rozciętej, a jego nos całkowicie pokrywała czerwień.
Bez słowa pociągnęłam Aomine za sobą na górę wprost do łazienki i nakazałam mu ściągnąć zabrudzone rzeczy.
— Daj, wrzucę do prania.
Zatrzymał się w połowie ruchu. W jasnym pomieszczeniu jego oczy zdawały się być niebieskie jak ocean. Porażająco czysty i głęboki.
— Nie trzeba. Wystarczy zaprać to gówno — syknął.
Nie miałam zamiaru z nim dyskutować, podobnie jak nie zamierzałam pozwalać mu wrócić do domu z brudnymi, umazanymi w krwi ubraniami. Szybko chwyciłam granatową bluzę i wrzuciłam do pralki, pomimo syknięć i sprzeciwów.
— Mówiłem ci… — zaczął. Pochylony nad umywalką obmywał twarz dłonią i czyścił ręce. Spojrzał na mnie krzywo przez ramię, lecz natychmiast zamknął oko, ponieważ krew w dalszym ciągu lała się ze zranionej brwi.
Westchnęłam.
— Musi ci ktoś założyć szwy — rzuciłam. — Inaczej zostanie blizna.
Aomine zesztywniał i prychnął pod nosem. Przeczuwałam, że nie na rękę było mu powiadamianie kogokolwiek o tym incydencie. Co tu się dziwić, z pewnością miałby przez to niemałe problemy. Nie zamierzałam się w to mieszać. Jeżeli był wystarczająco głupi, aby z takimi gabarytami pakować się w bójkę, to powinien znieść kilka zadrapań i niewielki krwotok nosa.
Przyglądałam mu się krótką chwilę, gdy nieporadnie usiłował się doczyścić. W końcu wywróciłam oczyma i podeszłam do umywalki.
— Siadaj na kiblu — poleciłam.
Skrzywił się zdecydowanie niezadowolony ani z mojego tonu, ani z tego co chciałam uczynić. Dumna postawa i o dziesięć centymetrów wyższa sylwetka nie mogły mnie zniechęcić.
— Zamierzasz się kłócić? Teraz? — dopytywałam.
Najwidoczniej także uznał tę walkę za bezsensowną, gdyż po chwili zasiadł na wannie. Czy zawsze musiał stawiać na swoim? To robiło się męczące.
Zwilżyłam ręcznik i delikatnie przyciągnęłam go do skroni, na co Aomine rzucił mi srogie spojrzenie, ale nic nie powiedział.
— Nie zamierzam ci pozwolić wykrwawić się w mojej łazience — rzuciłam, uśmiechając się lekko. — Jak niby miałabym wyjaśnić to policji… albo rodzicom — dodałam.
Siedział cicho i przyglądał mi się uważnie. Jego twarz zupełnie pozbawiona wyrazu wyglądała jak mieszanina nędzy i politowania. Po raz pierwszy stałam tak blisko niego i wprawiało mnie to w lekki dyskomfort. Nie zwykłam tak spoufalać się z mężczyznami, ale właściwie dopóki nie poznałam jego oraz Yosuke z żadnym facetem nie rozmawiałam dłużej niż przez dziesięć minut.
— Przesadzasz — rzekł, a w jego tonie nie pobrzmiewała ani krztyna złośliwości. Po prostu siedział z nogami rozłożonymi przed sobą i unosił głowę. Posłusznie. Przez myśl przebiegło mi, że poddał się, ponieważ był zmęczony.
Nachylałam się nad nim i prawdopodobnie chuchałam mu powietrzem prosto w twarz. Po co to robiłam? Ledwie go znałam. Dwadzieścia dni. Był mi przecież obojętny. Nie rozmawiałam z nim. O nic nie prosiłam. Mogłam wyrzucić go za drzwi albo pozwolić zająć się tym gównem samemu.
Mimo natrętnych myśli, po kolei ścierałam brudne smugi z jego czoła, odsuwałam na bok kosmyki włosów — nie umknęło mej uwadze jak bardzo gładkie i miłe w dotyku były — by móc doczyścić skronie. Delikatnie przecierałam ręcznikiem nos, który, dzięki boku, przestał już krwawić. Co dalej? Miałam mu wyczyścić też szyję?
Zarumieniona wskazałam na jego dekolt i mruknęłam:
— Plamę masz… trochę tak. — Odwróciłam wzrok.
— Nie zapytasz co się stało? — rzucił nagle.
— Nie.
Aomine stanowił zaprzeczenie mej opinii o Japończykach. Wielki, szeroki, do tego przyjemnie pachniał i posiadał niecodzienny odcień włosów. Za wysoki, zbyt mocno opalony, zbyt nieprzewidywalny. Nie pasował do mojego obrazu. Był… inny. Tak jak ja. Chyba dlatego w ogóle chciałam przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
— Skąd masz mój numer? — zapytałam.
Wzruszył ramionami. Chryste, naprawdę był szeroki i jednocześnie szalenie smukły. Mięśnie rysowały się pod ciasną, czarną koszulką, którą miał ma sobie.
— Od Satsuki — mruknął.
Zrozumiałam, że mój adres dziewczyna także mu podała.
— Dlaczego…
— Bo by się zagęgała, gdybym do niej poszedł — przerwał mi. — Ty nie klepiesz bezsensu i nie jesteś tak bardzo wkurzająca.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie byłam tak bardzo wkurzająca, co oznaczało, że zasługiwałam na większy przejaw zaufania od jego własnej dziewczyny? Gdzie w tym wszystkim logika? Nie miał pewności czy nie spanikowałabym na widok jego twarzy niemalże całej zalanej krwią. Nawet nie wiedział czy znajdowałam się w domu. Ten facet był pełen sprzeczności.
— Gotowe — przemówiłam.
Gorąco zalało moje policzki, więc natychmiast obróciłam się do niego plecami i podeszłam do umywalki. Zasłoniłam się włosami. Westchnęłam głęboko na widok zachlapanej ceramiki i płytek. Nie mogłam zostawić łazienki w takim stanie. Nie daj boże rodzice wpadliby do środka w tej samej chwili, w której opuściłabym toaletę. Masa niepotrzebnych pytań i podejrzliwe spojrzenia nie były tym, czego aktualnie potrzebowałam.
— Sprzątnę tutaj. Zaczekaj na mnie w pokoju. Drugie drzwi na lewo — poinformowałam.
— Pójdę już do domu.
Wywróciłam oczyma, ścierając z płytek różowe zacieki.
— Nie pójdziesz w samej koszulce. Dam ci bluzę. Powinnam coś znaleźć.
Nie odpowiedział. Wyminął mnie i jak poleciłam udał się do pokoju.
Sprzątnięcie bałaganu zajęło mi dobre kilka minut. Papier co chwilę spłukiwałam w toalecie, by pozostawić jak najmniej śladów po tym co zaszło. Nawet lustro nosiło kilka małych kropel krwi. Nie wspominając o zapaćkanej podłodze, z której zmuszona byłam zeskrobywać czerwone kleksy. Mężczyźni sprawiali same kłopoty, dokładnie tak mówiła moja mama.
Aomine siedział na hamaku przymocowanym w rogu pokoju. Odchylony do tyłu z rękoma za głową i zamkniętymi oczyma trzymał na kolanach pustą miskę po popcornie. Spał? Chyba nie miał trudności z zasypianiem. Podczas szkolnych przerw wielokrotnie widziałam jak ucinał sobie drzemkę na parapetach bądź zajmował otwarte sale lekcyjne. Wszędzie potrafił znaleźć odpowiednie miejsce.
Obrzuciłam go krótkim spojrzeniem i podeszłam do szafki.
Za mała, za mała, za krótka, zbyt kobieca, za czerwona.
Po kolei odsuwałam wieszaki. Tata jako zapalony fan Soxów, Celtics i prawdopodobnie wszystkich drużyn, jakie kiedykolwiek reprezentowały Boston, podsuwał mi co chwilę coraz to dziwniejsze ciuchy — głównie bluzy i koszulki — a ja jako sportowy idiota odkładałam wszystkie do szafy, aby nie robić mu przykrości. Od czasu do czasu nosiłam je po domu i niekiedy zakładałam, gdy wybierałam się do sklepu. Im większa, tym lepsza, a przede wszystkim cieplejsza.
Zerknęłam szybko na metkę. Yosuke wspominał o rozmiarze xxl, więc powinna być dobra.
— Lubisz amerykański bejsbol? — zapytałam.
Cisza, jaka nastąpiła po tych słowach była ogłuszająca. Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na Daikiego. Wpatrywał się w zdjęcia przyklejone do ściany. Kilka dni wcześniej po odebraniu wywołanych fotografii zapełniłam ostatnie puste miejsca. Większość z nich nie nadawała się do oglądania. Część przedstawiała ludzi. Staruszków, noworodków, łzy, krew, stare, opuszczone budynki. Z tego co pamiętałam, gdzieś znajdował się również szczur z kawałkiem chleba w łapkach. Wszystkie monochromatyczne. Różnił je jedynie filtr.
Niespodziewanie poczułam się naga. Odnosiłam wrażenie, że patrzył wprost na mnie. Głęboko i uporczywie. Czułam się jak gdyby przyglądał się scenom ukazanym na zdjęciach moimi oczyma. Uśmiechniętej twarzy mamy, wywróconemu do góry brzuchem Pasztetowi, panu Aaronowi, który tańczył z kosiarką. Widział moje życie. Znajomych. Pijaną twarz, gdy usiłowałam zrobić zeza. Nawet zdjęcie zrobione przez Flo, kiedy zdenerwowana leżałam pod bramką z telefonem w dłoni na zajęciach wuefu.
Nie podobało mi się to uczucie.
Aomine stanowił zbyt intensywny dodatek dla mojego zacisza. Nawet milczący wprowadzał niepewność i powodował, że zagryzałam dolną wargę ze zdenerwowania. Po co patrzył? Chciał mnie wyśmiać? Ignorować? Nie lubiłam, kiedy ktokolwiek wgapiał się w moje prace. Przywiązywałam niesamowitą wagę do swoich dzieł i wkładałam w nie całe serce. Nie chciałam, aby inni je oglądali.
Podeszłam do niego i rzuciłam mu bluzę na kolana. Dopiero wtedy zmarszczył brwi, aż plaster najechał na jego oko.
Taki stan rzeczy odpowiadał mi znacznie bardziej.
— Cleveland Indians? — zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
— Większej nie mam.
Chwycił w dłonie jasną bluzę i pośpiesznie przełożył ją przez głowę. Nie mogłam uwierzyć w to, że była na niego za duża.
— Mogę dać ci mniejszą — zaproponowałam. — Ale nie wiem czy lubisz Metsów. Mam jeszcze Lakersów, gdybyś wolał…
— Ta jest okej. Oglądasz Labirynt? — Skinął głową w kierunku komputera, gdzie Jake Gyllenhaal i Hugh Jackman prowadzili ożywioną rozmowę.
— Lubisz filmy? — zaciekawiłam się.
— Trochę — mruknął, drapiąc się po karku. — A z tobą jak? Interesujesz się koszem? — Wskazał na mnie i moją koszulkę fanowską.
— Tata jest fizjoterapeutą sportowym. Dostaje różne rzeczy, wiele kupuje. Podobno jest dobry.
Z tym stwierdzeniem utracił całe zainteresowanie wszystkim co znajdowało się wokoło niego. Stanął na nogi i rzekł:
— Wygląda na to, że twój ojciec jest ciekawszy od ciebie.
Zacisnęłam zęby, chcąc powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś głupiego, ale zirytowana oparłam tylko dłonie na biodrach i warknęłam:
— Mówił ci już ktoś, że jesteś palantem?
W odpowiedzi zaśmiał się nisko i odparł:
— Wakamatsu powtarza to na okrągło. — Zrobił kilka kroków w stronę wyjścia. — Czas na mnie, Imaizumi. Oddam ci ją w poniedziałek przed szkołą.
Po czym odszedł. Nie dziękując za nic. Po raz kolejny zostawił mnie bez pożegnania, lecz tym razem z głupią myślą, że poniedziałkowego ranka także miał na mnie czekać przy tunelu.
Poirytowana jego arogancją ugryzłam się w język.
Więcej

21 lip 2017

Rozdział 6

Po wpisaniu w wyszukiwarkę imienia Aomine przeżyłam szok, jakiego się nie spodziewałam. Fakt istnienia czegoś takiego jak Pokolenie Cudów przeczył logice mego rozumowania. Po pierwsze sama nazwa brzmiała dosyć prostacko i niezbyt zachęcająco. Po drugie giganci koszykówki w wieku czternastu, czy ilu tam, lat to istny absurd. Tak sądziłam, dopóki nie trafiłam na filmiki na YouTube, gdzie ukazana była gra domniemanego Pokolenia. Wówczas straciłam zdolność mowy na około piętnaście minut i bezustannie wgapiałam się w ekran laptopa, nie wyobrażając sobie, by podobne akrobacje były w ogóle możliwe. Bo nie były, a przynajmniej nie dla osób mojego szczebla.
Szybko zrozumiałam, że Aomine stał na szczycie drabiny ewolucji fizycznej. Wraz z piątką kolegów wspinał się po niej bez przerwy i udoskonalał swoje zdolności. Właściwie czwórką, ponieważ szóstego członka grupy nie potrafiłam wyłapać z tłumu.
O Akashim zdołałam dowiedzieć się, że był synem znanego przedsiębiorcy i uczęszczał do Rakuzan, najlepszej szkoły średniej w całym kraju. Midorima był nieuchwytny, prócz zdjęcia nie udało mi się odnaleźć nic więcej. Kise zajmował się modelingiem i, o raju, pragnęłam kiedyś wykonać mu kilka zdjęć, ponieważ idealne rysy jego twarzy sprawiały, że mój aparat sam rwał się do pracy. O Murasakibarze nie wyszukałam nic znaczącego. Wspomniany był jedynie jego wzrost — obecnie całe dwa metry jedenaście centymetrów, plus załączono fotografię szkolną, gdzie stał w towarzystwie chłopaka o czarnych włosach i pałaszował ciasteczka. Natomiast Aomine…
Był rewelacyjny w tym co robił. Każdą minutę filmiku z jego udziałem oglądałam z szeroko otwartymi oczyma i usiłowałam wyłapywać wszystkie szczegóły. Sposób, w jaki się poruszał, stanowił absolutne wcielenie dzikości i wielkiej pasji. Dla tego chłopaka słowo limit prawdopodobnie nie istniało. Przekraczał najśmielsze oczekiwania. Zachowywał się jak niepohamowany, dziki kot. Chryste, jak bardzo musiał kochać koszykówkę i jak wiele radości musiała ona mu dawać, skoro nosił miano najbardziej uzdolnionego spośród całego Pokolenia.
Od chwili, gdy wtargnęłam u boku Seksiaka na salę gimnastyczną, minął tydzień. Zaskakująco nudny. Każdego dnia wracałam do domu tuż po zakończonych zajęciach, raz z Seisi’m, raz z Aomine — tu warto dodać, że nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, a ja odniosłam wrażenie, że był na mnie obrażony, choć brzmiało to równie absurdalnie co hasło śnieg w Meksyku. Spędzaliśmy we trójkę niemalże każdą przerwę, a Yosuke trajkotał w najlepsze. Ja udawałam, że słuchałam, a Daiki spał. Potem wkładałam słuchawki i zatracałam się w muzyce. Czytałam książkę, a raz nawet udało mi się wpaść na Satsuki i zamienić z nią dwa słowa.
Środowego ranka kroczyłam w kierunku szkoły u boku Aomine, a niezmącona cisza pomiędzy nami sprawiała, że zadręczałam się tym, że być może rzeczywiście czyś go uraziłam. Pojawił się znikąd i dołączył do mnie. Bez żadnego cześć albo pocałuj mnie gdzieś. Milczał, ziewał co kilka sekund i przeczesywał palcami włosy.
Niewiele z nim zamieniałam słów. Zwykle pytał się o odpowiedzi do zadań, albo podrzucał mi kanapkę do plecaka, przy okazji zabierając wszelkie napotkane słodycze. Nie widziałam zastrzeżeń, dopóki jego mama robiła pyszne śniadania, a chleb był świeży. Swoją droga, skąd mieli coś takiego? I dlaczego nie jadał ryżu jak przystało na pełnoprawnego Japończyka?
Otworzyłam usta, aby zadać mu pytanie dotyczące jego relacji z Satsuki, lecz natychmiast odsunęłam od siebie ten pomysł. Zamiast tego obróciłam głowę w drugą stronę. W oczy rzuciło mi się, że niewiele czasu z nią spędzał. Praktycznie chadzali innymi ścieżkami i widywali się zaledwie w sali gimnastycznej. Potęgowało to moją ciekawość, ale nie chciałam wychodzić na wścibską, dlatego rezygnowałam, nim pytanie opuściło moje wargi.
— Nigdy nic nie mówisz — rzucił niespodziewanie, aż obrzuciłam go niedowierzającym spojrzeniem.
— Nie potrafię od tak wymyślić ciekawego tematu do rozmowy — odparłam lekko. W ciągu siedmiu dni jesień na dobre zagościła w Tokio.
— Może to lepiej — zamyślił się, unosząc głowę. — Mamy już jednego, który nigdy się nie zamyka.
Skinęłam głową, skupiając uwagę na jezdni. Aomine spojrzał na mnie zachmurzony i zmarszczył czoło jeszcze bardziej.
— Nie ignoruj mnie — warknął.
Wywróciłam oczyma.
— Powiedziałeś jakiś czas temu, że wolisz, kiedy się nie odzywam.
Niepewnie przytaknął, najwyraźniej nie pojmując co miałam na myśli.
— Taki obrót spraw pasuje mi bardziej — dodałam.
— Wszystkie moje słowa tak zapamiętujesz? — prychnął, ale mogłam się założyć, że żartował.
— Kto wie — rzuciłam, przechodząc przez ulicę. — Może powinieneś uważać na to, co mówisz?
— Hę? — zawołał za mną. — Jaja sobie robisz?
Z trudem powstrzymałam się od śmiechu. Bywały chwile, gdy jego opryskliwość mnie porażała, ale sądziłam, że to cecha wspólna sportowców. Ostatecznie posiadał znacznie lepszy charakter niż jakikolwiek młody futbolista, którego spotkałam w Stanach.
Po Yosuke nie było śladu. Nie odzywał się. Nie napisał ani jednej wiadomości oraz nie stał przed tunelem, gdzie spotykaliśmy się każdego ranka. Wyglądało na to, że nie zamierzał przyjść do szkoły. Nie wiedziałam jak powinnam zareagować. Nie przyjaźniliśmy się, dlatego nie miałam prawa wypytywać nikogo o powód nieobecności Seksiaka. Niemniej był to pierwszy raz, gdy nie dostałam od niego ani jednego esemesa, odkąd rozpoczęłam naukę w Tōō, a przecież bywały chwile, w których wypisywał mi co tylko przyszło mu na myśl.
Ostatecznie zaniechałam wszelkich planów związanych z dopytywaniem się o szczegóły.
Podczas jednej z przerw siedziałam w klasie zupełnie sama i opierałam głowę na nadgarstku. Znudzonym wzrokiem wpatrywałam się w książkę leżącą przede mną. Nie miałam ochoty na czytanie. Muzyka cicho rozbrzmiewała w moich uszach.
Westchnęłam głęboko.
Drzwi kliknęły delikatnie, a ja uniosłam głowę i zmarszczyłam brwi. Zupełnie nikt nie wiedział, gdzie byłam — tak mi się wydawało. Chciałam pobyć chwilę absolutnie sama.
Wysoka, szczupła blondynka wsunęła się do środka. Jej lśniące, proste, ostrzyżone do ramion włosy poruszały się przy każdym ruchu. Warknęłam w duchu. Kolejna idealna przedstawicielka japońskiej społeczności. Miałam ochotę coraz częściej pozabijać je wszystkie.
— Cześć, Imaizumi, tak? — zagadnęła.
Zamknęłam książkę i wyprostowałam się.
— Tak — odpowiedziałam krótko.
Uśmiechnęła się szeroko, lecz ja nie odwzajemniłam gestu.
Czego chciała? Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek ją widziała, choćby na korytarzach. Nieczęsto zresztą tam bywałam i starałam się unikać zatłoczonych miejsc.
Nieznajoma podeszła do ławki obok i usiadła na krześle. Założyła nogę na nogę.
Uniosłam brew. Zapowiadało się ciekawie. Nigdy nie miałam cierpliwości do lalek jej typu. W pełnym makijażu i ułożonych włosach. Sama nie zawracałam sobie tym zbytnio głowy. Tusz do rzęs i puder wystarczały mi aż nadto. Mocniejszego podkreślenia oczu spróbowałam raptem raz i porzuciłam to natychmiast po tym, jak połyskujące drobinki przykleiły mi się do wizjera aparatu. Przez trzy dni usiłowałam całkowicie oczyścić szkiełko i wypróbowałam chyba setkę sposobów, co kolejny to gorszy. Na koniec przeklęłam bogów makijażu i wróciłam do minimalizmu.
— Chciałam zapytać, czy nie dołączyłabyś do naszego klubu. W końcu i tak musisz jakiś wybrać — odparła.
Nie rozumiałam, dlaczego przyszła z tym akurat do mnie. Ludzie unikali mnie odkąd rozpoczęłam naukę w Tōō. Przez dwadzieścia dni właściwie skazana byłam na siebie, Yosuke i Aomine. Nikt nawet na mnie nie spoglądał i udawano, że nie istniałam. Nie żeby mi to przeszkadzało. Wolałam taki obrót spraw, niżeli miałabym być w centrum uwagi. Nie należałam do tego społeczeństwa. Akademia Tōō nie przyjęła mnie z otwartymi ramionami, ale też nie spotkałam się z niechęcią.
— Wybrałam zajęcia artystyczne — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Westchnęła głęboko.
— Szkoda. Jeżeli coś się zmieni, to wpadnij do nas w poniedziałek na długiej przerwie — powiedziała, po czym stanęła na nogi i wygładziła spódniczkę. — Będziemy w sali gimnastycznej.
Przez chwilę nie odpowiadałam. Zastanawiałam się czy blondynka należała do grupy gimnastyczek, której niedawno się przyglądałam. Może gdybym spróbowała, pozwoliłyby mi uczestniczyć tylko połowicznie. Wykonywałabym zdjęcia i nie zawracała sobie głowy rozciąganiem, podciąganiem i resztą lekkoatletycznego gówna.
— Jaki to klub? — zapytałam.
— Siatkarski. Jestem kapitanem. Ayame Itsuko.
— Dzięki, zastanowię się — skłamałam.
Dziewczyna skinęła głową i uśmiechnęła się delikatnie, jednak już bez większego przekonania. Prawdopodobnie wiedziała, że ją spławiłam. Nietrudno było się domyśleć. Szczególnie po tym, że natychmiast pochyliłam głowę i otworzyłam książkę.
Nie zamierzałam skorzystać z jej oferty. Nie nadawałam się do tego. Ledwie potrafiłam przebić piłkę na drugą stronę i prawdopodobnie przepuściłabym wszystkie możliwe podania już podczas treningu.
Poczekałam aż wyszła i sięgnęłam po telefon. Zero połączeń. Zero powiadomień. Zero wiadomości. Bez zastanowienia szybko wystukałam:
Ja: Nie ma cię w szkole. Wszystko ok?
Nie minęła nawet minuta, kiedy otrzymałam odpowiedź.
Yo: Tęsknisz za mną? Wiedziałem, że też mnie uwielbiasz. To słodkie.
Wywróciłam oczyma.
Ja: Za dużo sobie wyobrażasz. Napawam się spokojem.
Yo: Dlaczego żadna kobieta nie potrafi mnie kochać tak jak ja kocham was wszystkie? Ranicie mnie!
Ja: Chyba masz gorączkę (uśmiech). Wypoczywaj.
Yo: Tak jest ma’am! Btw, będę dopiero w następnym tygodniu. Grypa.
Ja: Więc mam dużo czasu na odpoczynek od ciebie. Wracaj szybko do zdrowia.
Pośpiesznie wcisnęłam klawisz wyślij, zanim zdołałam się rozmyślić.
Dopiero po krótkiej rozmowie z Seksiakiem udało mi się skupić na treści książki.
Między piątą a szóstą godziną lekcyjną siedziałam na parapecie w najdalszej części szkoły i przeglądałam Facebooka. Nie miałam czym zająć dłoni, ani na czym się skupić, a za oknem panowała ulewa. Śledziłam zatem poczynania Flo, a moje brwi unosiły się coraz wyżej, wraz z każdą kolejną odnotowaną imprezą. Dwie domówki i parapetówka w ciągu tygodnia. W dodatku u znacznie starszego od siebie faceta, którego nawet nie znałam. Najwidoczniej Florida nie próżnowała i tym razem. Cholera, żałowałam, że zostawiłam jej Paszteta. Była tak nieodpowiedzialna jak tylko się dało. To jedynie dostarczało mi dodatkowej porcji zmartwień.
Zaklęłam cicho pod nosem i odłożyłam telefon na bok. Głowę oparłam o ścianę, zamknęłam oczy.
Jak mogłam zostawić jej Pasztecika? Przecież ten stary wyga jadł za dwóch, przynajmniej trzy razy w ciągu dnia wymagał spaceru i cierpiał na nadpobudliwość. Opieka nad nim przypominała bardziej zajmowanie się dzieckiem niż jakimkolwiek innym zwierzakiem, a Flo… Flo czerpała z życia ile się tylko dało i nie zamierzała przestać, dopóki nie osiągnie pełnoletności, zaś rodzice nie wymogą na niej udania się na studia.
— Twój pies?
Uchyliłam jedną powiekę.
— I przyjaciółka — dodałam.
Aomine siedział po drugiej stronie parapetu w takiej samej pozycji jak wówczas, gdy spotkałam go po raz pierwszy. W rozkroku, pochylony do przodu z łokciami opartymi na kolanach. Spoglądał w bok na wyświetlacz mojego telefonu, gdzie Flo kucała obok Paszteta.
Zmarszczyłam czoło, kiedy uderzyła mnie pewna myśl.
— Skąd pomysł, że jest mój?
Uniósł powoli wzrok i wzruszył ramionami. Przyglądał mi się przez chwilę, po czym nagle rzekł:
— Trzyma go na dystans. Ludzie zwykle tulą do siebie psiaki.
Zaśmiałam się gorzko, po czym podciągnęłam nogi.
— Dużo wiesz, co? — rzuciłam.
— Każdy idiota by się tego domyślił — mruknął. — Poza tym Satsuki zawsze tuli się do Dwójki jak kretynka. To jedna z jej najbardziej denerwujących cech.
Rozszerzyłam oczy. Nie miałam pojęcia, o czym mówił i co do tego wszystkiego miała Momoi.
— Co to Dwójka? — zapytałam i zaraz po tym miałam ochotę palnąć się w łeb. Co mnie to obchodziło? Nie chciałam wdawać się z nim w rozmowę. Szczególnie po tym, jak określił swoją dziewczynę kretynką.
— Kundel Tetsu.
Stanął na nogi i ziewnął.
Tetsu musiało być skrótem od imienia szóstego członka Pokolenia, Tetsuyi. Tego, o którym nie znalazłam żadnych informacji, prócz imienia i szkoły do jakiej uczęszczał. Nie chciałam wychodzić na wścibską, więc nie wypytywałam dłużej. Dostatecznie dużym zaskoczeniem dla mnie była całkiem przyjazna postawa Aomine w odróżnieniu od tej, na którą naraził mnie rano. Nawet nie podejrzewałam, że z nim można porozmawiać także bez warczenia, bez krzywych spojrzeń oraz bez zgrzytów.
— Masz. — Usłyszałam, a zaraz potem niewielki przedmiot wylądował na moich nogach.
— Co to?
— Baton, Imaizumi, to chyba widać. Nie lubię być nikomu dłużny.
Przekrzywiłam głowę na bok w zastanowieniu. Niczego ostatnio mu nie dawałam. Prócz zadań domowych, ale te się nie liczyły, zważywszy na to, że i tak nie potrafił ich rozszyfrować.
Wzruszył ramionami i podrapał się po karku.
— Oddaję za tego, którego wziąłem ci ostatnio.
Patrzyłam na niego w szoku, kiedy obrócił się i odszedł. Machnął jeszcze dłonią, co prawdopodobnie miało zastąpić zwykłe na razie i zniknął za rogiem.
Zostałam sama z batonem o nadzieniu bananowym w dłoni i zaskoczeniem przekraczającym mój miesięczny limit. Nie rozumiałam co powinnam myśleć ani jak się zachować. To naprawdę był on? Kawał mi wykręcał? Zupełnie normalna rozmowa i tylko jedna kąśliwa uwaga skierowana w dodatku do kogoś innego niż Minako Imaizumi? Oszalał bez wątpienia.
A jednak podejrzanym było widzieć go w zupełnie innym humorze. To tylko rzuciło nowe światło na osobę Daiki’ego i sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie oceniłam go zbyt pochopnie. Podobnie jak Seksiaka.  
Więcej