tekst/cytat

Okryta całunem rozpaczy, kroczę przez gęstwiny ludzkich zmartwień. Z nienawiścią wypisaną na twarzy i poranionym bokiem, swoistą pamiątką po spotkaniu z Losem. Krzyk ciśnie mi się na usta, lecz milczę, bo języka już nie ma.
DALEJ

Rozdział 9

28 sie 2017

Brak komentarzy
Na każdej przerwie usiłowałam wypatrzyć z tłumu trenera bądź Momoi Satsuki, oczywiście z zerowym skutkiem, dlatego pod koniec dnia przyrzekłam sobie, że sprawę z zajęciami dodatkowymi postaram się załatwić jutro od samego ranka, tuż po chemii.
Następnego dnia jednak deszcz zacinał ostro w szybę, na tyle głośno, że z trudem mogłam skupić się na słowach nauczyciela. Siedziałam w ostatniej ławce i z trwogą wpatrywałam się w pana Harasawę — jednego z pięciu chemików, jakich zatrudniano w Tōō — trenera szkolnej drużyny koszykarskiej. Całe pokłady odwagi zebrane przeze mnie poprzedniego wieczoru wyparowały. Matko kochana nie wyobrażałam sobie podejść do tego mężczyzny i chociażby otworzyć usta, nie mówiąc już o wykrztuszeniu prośby o przyłączenie do klubu koszykarskiego. I jak ja miałabym powiedzieć mu: bo wie pan, ja nie gram, ale przydałabym się z pewnością gdzieś poza boiskiem, więc bądź pan łaskaw i daj mi pan jakąś rolę? To już nawet nie brzmiało jak żart. To brzmiało jak spopielenie z zażenowania na własne żądanie. Wolałam nie myśleć o tym, jaką miną by mnie poczęstował na zakończenie. Nie mówiąc już o tym, jak ogromną idiotkę bym z siebie zrobiła. Poważny, idealnie ubrany trener drużyny Tōō był ostatnią osobą, z którą powinnam rozmawiać. Momoi stała się więc koniecznością.
Dopadłam ją tuż przed literaturą, gdy stała w towarzystwie kilku koleżanek. Zaciekawiona przysłuchiwała się ich rozmowie.
— Cześć — zaczęłam, zachodząc ją od tyłu.
Natychmiast obróciła się do mnie i uśmiechnęła ciepło, a ja z trudem wytrzymałam jej uwagę. Ta laska zionęła wyjątkowością. Była jak George Clooney w Ocean’s Eleven. Nie dało się o niej zapomnieć. Nie żebym jakoś nadzwyczaj często myślała o Georgu Clooneyu.
A potem doskoczyła do mnie i uwiesiła się na mojej szyi, okazując całemu korytarzowi swoje zadowolenie. Sparaliżowana stałam prosto, na baczność, i wpatrywałam się w czubek jej głowy, który znajdował się na wysokości mojego nosa, a przez myśl przeszło mi, że jeżeli natychmiast jej z siebie nie ściągnę, prawdopodobnie mnie udusi albo wybije ze dwa zęby.
— Oczywiście! Jasne! To wspaniałe! — piszczała. — Nie mogłabym wymarzyć sobie niczego lepszego. Tak! Tak! Tak! Już wpisałam cię na listę i mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.
Pospiesznie omiotłam wzrokiem korytarz. Uśmiechnęłam się lekko i wyswobodziłam z jej ramion. Dopiero wtedy, tak sądziłam, zrozumiała, że niezbyt zwykłam przytulać się w miejscach publicznych.
— Wybacz. To ekscytujące. — Zaplotła dłonie przed sobą i skupiła na mnie. Zresztą nie tylko ona, co zauważyłam, kiedy tylko zerknęłam na jej znajome.
— Skąd wiesz? — zapytałam, ponieważ coś mi mówiło, że zdawała sobie sprawę z mojej prośby, nim jeszcze postawiłam nogę na pierwszym piętrze. Yosuke miewał niewyparzoną jadaczkę i mogłam się założyć, że niechcący wymsknęło mu się co nie trzeba dzień wcześniej na treningu. Wystarczająco mocno dał mi wieczorem na Facebooku do zrozumienia, jak bardzo nie przypadł mu do gustu ten pomysł, nie racząc nawet wytłumaczyć dlaczego.
Satsuki wzruszyła ramionami i nonszalancko odparła:
— Daiki pytał dzisiaj, czy mamy jakiś angaż w zespole. — Zrobiła lekki dzióbek, jakby się nad czymś zastanawiała. — Powiedzmy, że miałam przeczucie o co chodzi. Tym bardziej, że ostatnio ciągle was razem widuję…
— My nie… — wydukałam, a gorąco oblało mą twarz. Dziękowałam niebiosom za to, że praktycznie w trzech czwartych zasłaniały mnie włosy.
— Och, ja nic nie sugeruję — zaśmiała się, choć jej twarz mówiła zupełnie coś przeciwnego. Przewiercała mnie na wylot i w ogóle mnie to nie dziwiło. Rany, czego ja oczekiwałam? Prowadzałam się z jej facetem, w dodatku niezamierzenie. Chodziłam z nim do klasy i praktycznie spędzaliśmy ze sobą każdą przerwę. Całe szczęście nie wiedziała o owym sobotnim wieczorze, gdy wpadł do mnie zakrwawiony, ponieważ z pewnością już leżałabym w strzępach, a moje kudły walałyby się po całym korytarzu.
Odetchnęłam.
— Słuchaj — zaczęłam z zamiarem wyjaśnienia jej wszystkiego, co opacznie zrozumiała. — To nie jest tak jak wygląda. Ja, Aomine i Yosuke…
— Mówisz o mnie? Mam nadzieję, że to coś miłego.
Seksiak jak na zawołanie pojawił się obok i przerwał mi w połowie zdania. Miałam ochotę go wyściskać, gdyż czułam się już wystarczająco niekomfortowo zmuszona do tłumaczenia się przed dziewczyną, która, byłam pewna, dostałaby dziesiątkę od każdego mojego amerykańskiego kolegi.
— Rozmawiamy o przyłączeniu Minako do klubu koszykarskiego — wtrąciła Momoi ze zniewalającym uśmiechem.
Skinęłam głową.
— Serio? — burknął. — Tak bardzo się uparłaś na to cholerstwo?
— Tak.
Zmarszczył jasne brwi i zlustrował mnie spod byka.
— Nie, nie ma mowy! — wyrzucił z siebie. — Nie będziesz się trudnić zadowalaniem bandy napalonych nastolatków! To znaczy rozpalonych! Miałem na myśli, że spoconych! — Zażenowany przecierał czoło.
Bez słowa przyglądałam mu się, zastanawiając nad tym czy był bardziej uroczy, czy po protu jego głupota chwilami przybierała taki format. Zirytowana lekko się odsunęłam. Przez cały czas czułam na sobie spojrzenie Satsuki i coś mówiło mi, że po raz kolejny robiła tę przerażającą sztuczkę z rentgenem w oczach.
— No nie patrz tak na mnie — zawołał Yosuke.
— Nie patrzę na ciebie — rzuciłam.
— No właśnie! To jest jeszcze gorsze. Nie lubię, kiedy nic nie mówisz. To tak jakbym zrobił jakąś głupotę, a ty nie miałabyś nawet ochoty mnie upomnieć. Aomine to przynajmniej mówi, ale ty zachowujesz się jak moja mama! To mnie przeraża.
Bezceremonialnie go zignorowałam.
— Więc? Zgadzasz się — zwróciłam się do Satsuki.
— Momoi, nie pozwól jej na to. Przecież ona utonie w tych spoconych ręcznikach.
— Na litość boską, Yosuke, zamknij się już — powiedziałam znacznie głośniej, niż planowałam.
Kącik ust dziewczyny powędrował ku górze, po czym skinęła głową, a towarzyszył temu ogłuszający jęk Seksiaka.
— Cudownie. Wspomnisz moje słowa, to zły pomysł. Z rodzaju tych najgorszych. Jak chodzenie w japonkach po kałużach. Albo stanie pod drzewem w burzę. Albo skok na bungee z Golden Gate. Al…
— Już zrozumiałam — przerwałam mu.
Ręka Satsuki pojawiła się przede mną. Najwidoczniej ona również straciła cierpliwość do tego chłopaka i zamierzała dokończyć omawianą wcześniej kwestię.
— Tutaj masz rozpisane godziny i dni, w które zajmujemy salę. Warunek jest taki, że musisz być na sześćdziesięciu procentach spotkań w miesiącu. Nie mamy szczególnych wymagań co do frekwencji.
Skinęłam i odebrałam od niej kartkę. Omal nie padłam na widok perfekcyjnego pisma, a kpina Daikiego niespodziewanie do mnie wróciła, choć zupełnie nie rozumiałam dlaczego, skoro nijak wczoraj nie przejęłam się jego słowami. Zmrużyłam oczy i skupiłam się na drobnych literkach. Dopiero po chwili zrozumiałam, że wszystkie informacje napisane zostały w języku angielskim.
— Pomyślałam, że tak będzie ci łatwiej — wtrąciła Momoi na widok mojej miny. — Z tyłu masz najważniejsze informacje. Na temat koszykówki i mój numer telefonu.
— Dzięki. — Tylko tyle potrafiłam z siebie wycisnąć.
— Cieszę się, że do nas dołączasz — powiedziała — w końcu nie będę jedyną dziewczyną. — Uważnie zmierzyła mnie z góry na dół. A ja poczułam się przy tym jeszcze gorzej. Nie, nie gorzej. Gorsza. Poczułam się od niej gorsza. Wyprostowałam się i przełożyłam długie włosy na plecy.
— Więc do zobaczenia. — Zerknęłam na kartkę. — W poniedziałek.
 Zupełnie nie wiedziałam, co o niej myśleć i nie podobało mi się to. Nie lubiłam sposobu, w jaki się we mnie wpatrywała. Jej słowa, mimo że wypowiedziane miłym tonem i bez wątpienia z dobrym zamiarem, w połączeniu ze świdrującymi oczyma pozostawiały po sobie dziwne uczucie. Jakby mnie oceniała. Usiłowała wybadać.

***
Siedzieliśmy w sali gimnastycznej. Jedliśmy śniadanie na długiej przerwie, na scenie. Ja z nogami zwisającymi z wysokiego podestu, Seksiak na lewo po turecku i Aomine rozłożony na parkiecie z prawej. Przyglądałam się z zaciekawieniem całemu pomieszczeniu. Wypolerowana podłoga błyszczała, a przestrzeń spowita była delikatnym cieniem. Pojedyncze promienie wpadały do środka. Tańczyły na siedzeniach, skupiając na sobie mą uwagę.  
Milczeliśmy, a przynajmniej ja i Daiki, który kompletnie ignorował fakt tego, że powinien właśnie odbywać trening. W jednej dłoni trzymał mój baton czekoladowy. W drugiej obracał piłkę. Kątem oka widziałam jak jego powieki robiły się coraz cięższe i przymykał oczy na dłużej.
— Dzisiaj pójdę na mecz — powtarzał Yosuke w nieskończoność. — Ale nie sam, sam nie dam rady… albo nie. Nie mogę wziąć żadnego z was. Pomyśli, że jestem mięczakiem…
— Przecież nim jesteś — odparł Aomine. — Inaczej już dawno byś do niej zagadał.
W pewnym sensie się z nim zgadzałam. Pierdolenie Seksiaka o Rinie nie miało końca, a zbliżający się wielkimi krokami mecz pomiędzy Akademią Tōō a liceum Shutoku potęgował tylko jego paplaninę.
— Pójdę dzisiaj sam, postanowiłem.
Aomine wywrócił oczyma i ziewnął.
— Daj znać jak ci poszło, nudzi mnie słuchanie twojego jazgotu — odparł.
Mnie także nudziło, ale nie odzywałam się. W końcu Seksiaka poznałam niedawno i w porównaniu do Aomine, słyszałam naprawdę niewiele.
Yosuke wychylił się i z gniewną miną przemówił:
— Jaki z ciebie przyjaciel, że w ogóle we mnie nie wierzysz? Tu chodzi o kobietę, którą kocham! Bezustannie i z każdym dniem coraz bardziej…
— Co w niej widzisz? — przerwał mu Daiki.
Do czego dążył, zadając to pytanie? Zerknął na mnie i podrzucił piłkę.
— Jak to co, idioto?! — zawył niespodziewanie Seksiak, a z każdym kolejnym słowem jego głos rósł o pół tonu. Zdenerwowany tak, w swoim mniemaniu, głupim pytaniem, uniósł dłoń i po kolei zaczął wyliczać: — Jest piękna, inteligentna, zabawna, zdolna, pomysłowa…
— Słyszałem to setki razy — wciął mu się ponownie Aomine. — Myślę, że nie potrafisz podać konkretnego powodu.
Zmrużyłam oczy. Sądziłam, że wiedział, dlaczego Yosuke tak bardzo podobała się Rina. Moja głowa z zadziwiającą częstotliwością obracała się co chwilę o sto osiemdziesiąt stopni. Chłonęłam szczegóły w zachowaniu obu. Aomine — zażenowany i znudzony jednocześnie, zdawał się być totalnie niezainteresowany swoim rozmówcą. Yosuke z kolei z sekundy na sekundę przesuwał się coraz bliżej niego. Z zaciśniętą szczęką nabierał powietrza i mrugał uporczywie.
— No przecież mówiłem! — zawołał Seksiak. — Kocham ją za to, że jest perfekcyjna!
Głośne westchnięcie Daiki’ego rozwścieczyło rudzielca jeszcze bardziej.
— Kretyństwo — mruknął. — Afera o głupie cechy, które może mieć każdy.
Delikatnie zagrodziłam Seisi’emu drogę, ale ten pochylił się nad moimi nogami.
— Co ty mi sugerujesz?! — zagrzmiał.
— To że jesteś idiotą, czy to nie jest logiczne?
— Jak ci kopa zasadzie…
Odetchnęłam głęboko.
— Skończcie — przemówiłam cicho. — Yosuke, przestań ględzić. Aomine, śpij.
Co najdziwniejsze nie zabrzmiało to jak komenda, lecz prośba. Prośba osoby, która pragnęła spokoju i błogiej ciszy. Dlatego obaj zamilkli. Przez krótki moment jeszcze Seksiak otwierał to znów zamykał usta. Jak ryba wynurzona na wierzch, ale nic nie mówił. Skutecznie trzymało go w ciszy moje twarde spojrzenie. W końcu wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco.
— Ciężko się z tobą nie zgodzić, Imaizumi.
Usłyszałam szept i przez kilka sekund miałam wrażenie, że słowa te nigdy nie zostały wypowiedziane. 
Potem to dostrzegłam. Tuż przy moim udzie spoczywał batonik, do którego jeszcze piętnaście minut wcześniej Aomine rościł sobie prawa. Rozszerzyłam oczy, uświadamiając sobie, że dwójka dopiero co poznanych kolegów stawała mi się coraz bliższa. Spędzaliśmy ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę w ciągu dnia i lubiłam to. Skutecznie odstraszali ode mnie wszystkie dołujące myśli. Daiki swoim ogromnymi gabarytami i zmarszczonym w gniewie czołem, zaś Seisi nietuzinkowym poczuciem humoru oraz otwartością na wszystko.
Było tak, jakbyśmy znali się od dawna.
Wieczorem po raz kolejny w ciągu ostatniego miesiąca odwiedziłam Plac Komazawa. W tajemnicy przed Yosuke postanowiłam sprawdzić, czy nie zamierzał zrobić niczego głupiego. Zasiadłam w oddali i przez cały czas nie spuszczałam z niego wzroku. Przyglądałam mu się, gdy wiwatował przy każdym zdobytym punkcie przez którąkolwiek z drużyn. Shutoku, z racji swojej słabości do tego liceum. Tōō, ponieważ tam uczęszczał. Podejrzewałam jednak, że nie kibicował żadnej z ekip i niezależnie od wyniku, byłby zadowolony.
— Mówiłaś, że nie masz dzisiaj czasu.
Podskoczyłam, czując oddech na karku. Gwałtownie obróciłam się i zmrużyłam oczy na widok pochylonego Aomine. Siedział jeden rząd wyżej. Idealnie nade mną. Łokcie opierał na kolanach, a jego twarz znajdowała się nie dalej niż na odległość łokcia od mojej.
— Wyrobiłam się i przyszłam — odpowiedziałam.
Powiódł wzrokiem gdzieś za mną.
— Dlaczego nie jesteś z nim?
— A ty dlaczego?
— Głupie pytanie.
Zachowanie Daiki’ego bywało całkowicie pozbawione sensu. Jeżeli mu nie zależało, mógł zostać w domu. Nikt nie kazał mu przychodzić na ten zasrany mecz, siadać za mną i obserwować Yosuke z oddali.
— Co tutaj robisz, Aomine?
— Siedzę.
— To widzę — prychnęłam. — Pytam dlaczego przyszedłeś.
— Z tego samego powodu co ty, ale może nie tylko. — Obniżył głowę. — Tak przynajmniej myślę.
Przełknęłam ślinę. Nie żeby na mnie jakoś działał. Znajdował się dostatecznie blisko, bym mogła poczuć jego zapach i samo to rozpraszało mnie dostatecznie mocno, ponieważ pachniał naprawdę dobrze.
— Wymigujesz się od odpowiedzi.
— Gdybym chciał wymigać się od czegokolwiek, po prostu bym sobie poszedł — odparł jakby było to najnormalniejszą rzeczą.
Powinnam patrzeć na Yosuke, po to przyszłam, nie dla Daikiego, ale to właśnie on pochłonął mnie bez reszty.
— Rozmawiałeś o mnie z Momoi — rzuciłam, przypominając sobie o rozmowie z Satsuki, która miała miejsce dzień wcześniej.
— Rozmawiam z nią na wiele tematów. Chcesz poznać wszystkie, czy jak?
— Dlaczego to zrobiłeś?
— Nie wiem, bo miałem ochotę? Bo myślę, że będę się nieźle bawił? Naprawdę, Imaizumi, wydaje ci się, że moja rozmowa z kimś o tobie jest taka ważna?
— Oczywiście że nie i nie o to chodziło. Po prostu mogłam to załatwić sama.
— O to jesteś zła? — zapytał znudzonym tonem, rzucając okiem na boisko.
— Nie jestem zła. Nie rozumiem cię.
Gwałtownie wyprostował się, tworząc pomiędzy nami dystans, a ja zrozumiałam, że straciłam szansę, przez rzucenie kilku nieroztropnych słów. Zmarszczył brwi i zaplótł ręce na piersi.
— Tu nie ma nic do rozumienia. Zajmij się sobą i przestań, do cholery, analizować moje zachowanie.
Skrzywiłam się, po czym pośpiesznie odwróciłam do niego tyłem. Wcale nie analizowałam niczego. Nie lubiłam jedynie, kiedy ktoś przestawiał mi we łbie, a on to robił. Wiecznie, odkąd go poznałam. Rany, facet czasem zachowywał się zupełnie normalnie, a po chwili wyskakiwał z serią prychnięć, krnąbrnych odpowiedzi i złowrogich spojrzeń.
Może powinnam go zostawić w spokoju. Jego oraz Yosuke. Miałam własne sprawy i odpowiadało mi prowadzenie, jak dotąd, raczej jałowego życia. On i Seisi wpadli na moją posesję nieproszeni. Nie pragnęłam zawiązywania z nimi żadnej relacji. Tymczasem nie umiałam się od tego uwolnić. Cholera, przecież nigdy nie miewałam problemu z podobnymi decyzjami. Jeżeli nie odpowiadało mi towarzystwo bądź czułam się zbyt przytłoczona, brałam manatki pod pachę i odchodziłam. Tym razem powinnam zachować się podobnie. Odejść. Póki jeszcze nie było za późno.
— Ani się waż o tym myśleć, Imaizumi. — Tym razem poczułam jego oddech na uchu. Znieruchomiałam, gdy ciepło zalało mą szyję i pomknęło do góry na twarz.
— Ani się waż odsuwać — dodał.
Nie miałam dostatecznie dużo śmiałości, aby na niego spojrzeć. Wpatrzona więc w Seksiaka, ze świadomością Daikiego uwieszonego niemal na moim ramieniu odpowiedziałam:
— Skąd pomysł, że chcę to zrobić?
Westchnął, rozdmuchując przy tym kosmyki włosów, które wymknęły mi się z wysokiego kucyka.
— Bo na twoim miejscu właśnie to bym zrobił, a w pewnym sensie jesteśmy do siebie podobni.
Czytaj dalej

Rozdział 8

21 sie 2017

1 komentarz
Obróciłam głowę na dźwięk nadchodzącego połączenia. Marszcząc brwi, skupiłam się na ekranie komputera i uśmiechającej się do mnie ze zdjęcia Flo. Nie dawała znaku życia od dobrych dwóch tygodni, a ja nieco obawiałam się tego, co miała mi do powiedzenia tym razem.
Chciałam ją usłyszeć, nawet jeżeli zamierzała krzyczeć. Chciałam poczuć, że cokolwiek czekało mnie po powrocie do domu. Chciałam wiedzieć, że nadal się przyjaźnimy, ale przede wszystkim pragnęłam pozbyć się niepewności.
Nie zwlekając odebrałam.
— Hej — rzuciła niepewnym tonem.
— Cześć.
Lekki szum dobiegał z drugiej strony.
— Co słychać? Wszystko u ciebie dobrze? — zapytała Florida.
Czułam się źle z tym, jak zakończyła się nasza ostatnia rozmowa. Naprawdę nie lubiłam się z nią kłócić… Z nikim nie lubiłam drzeć kotów. Tym bardziej w tak banalny sposób. Przecież jej nie uraziłam, ani nie zignorowałam. Florida była pijana, bez wątpienia nie wiedziała co robi. Po wszystkim powinnam do niej zadzwonić, ale nie zrobiłam tego i zupełnie nie rozumiałam dlaczego.
— Jasne. Skąd to pytanie? — odpowiedziałam. Mimowolnie obracałam w dłoni telefon.
— Nie wiem, dawno nie rozmawiałyśmy, pomyślałam, że może złościsz się na mnie, bo powiedziałam coś głupiego, kiedy gadałyśmy ostatnio.
Nie pamiętała. Najwidoczniej była zbyt mocno urżnięta. Dlaczego mnie to nie dziwiło?
— Nie. Dużo się dzieje.
— Tutaj też. Zaczęliśmy przygotowania do balu maturalnego. — W głosie Floridy pobrzmiewała niepewność. — Mara nie mówi o niczym innym tylko o odchudzaniu, a Nina zastanawia się już nad kreacją.
Wywróciłam oczyma. Kiedy wyjeżdżałam ze Stanów, Mary prawie nie było widać i już wtedy nie potrafiłam sobie wyobrazić, do jakiego stanu musiała się doprowadzić, aby dostrzec problem w swej nadmiernej chudości. Odkąd dwa lata wcześniej chłopak, za którym się uganiała, wyrzucił jej na oczach całej szkoły, że jest grubą świnką, Mara ćwiczyła i biegała jak szalona. Nikt nie miałby nic przeciwko temu, wiadomo — ruch to zdrowie — gdyby tylko za cel nie obrała sobie przy okazji stałej utraty wagi.
— Ta znowu swoje? — burknęłam znużonym tonem. — Jak boga kocham, mogłyśmy wtedy podmienić opakowania tych batoników, które czasami jada.
Głośne westchnięcie Flo rozbrzmiało w głośnikach jak szum wiatru.
— Mama była z nią u psychologa.
Westchnęłam.
— Słuchaj, wiem, że nie możesz pójść z nami. Wiesz, na bal — podjęła na nowo, za co chciałam natychmiast zakneblować jej usta. — Głupio mi, że każdy się tak zachwyca.
Właściwie nie zależało mi na tej imprezce i pewnie gdybym została w Stanach, Flo podstępem wyciągnęłaby mnie z domu, przy okazji ubierając w dziwaczną kreację. W gruncie rzeczy byłam zadowolona, że omijał mnie ten cały rozgardiasz. Nie musiałam do późna pomagać w przygotowaniach sali i nie zajmowano mi głowy pierdołami.
— Co roku chodzicie na bale — mruknęłam wymijająco. — To nic nadzwyczajnego.
— Ale ten jest wyjątkowy. Wiesz, tylko raz w życiu masz bal maturalny.
— Ta… — Obróciłam się na krześle, zadzierając wysoko podbródek. — To tylko szkolna potańcówka.
— Pomyślałam sobie, że skoro ty nie pójdziesz, to ja też nie…
Wypuściłam głośno powietrze i spojrzałam ostro na komputer.
— Zgłupiałaś? Przed chwilą jeszcze mówiłaś, że to jedyna okazja — zauważyłam, nie szczędząc sobie kpiącego tonu.
— No ta, ale nie chcę tak bez ciebie. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie chcę bawić się bez ciebie. — Brzmiała na naprawdę zawiedzioną i nie rozumiałam jej sugestii. Przecież to nie było tak, że postanowiłam sobie zostać w Japonii. Rodzice podjęli decyzję, a ja, niepełnoletnia, musiałam się z tym pogodzić, bo raz, nie miałam prawa samodzielnego wyboru, a dwa, nie chciałam stawiać całej rodziny na nogi i przenosić się do wujów, cioć czy innych kuzynów. Na litość boską, miałam w końcu rodziców.
— Przecież robisz to co tydzień — rzuciłam po krótkim namyśle.
Flo nabrała powietrza, jakby urażona moją uwagą. Powiedziałam prawdę, nie zamierzałam cofać swoich słów.
— To zupełnie co innego — tłumaczyła z wyrzutem w głosie. — Mówimy w końcu o balu maturalnym.
— No niby.
Florida, mimo iż zwykle zajmowała się sobą i skupiała uwagę również głównie na sobie, znała mnie dostatecznie dobrze, aby zrozumieć, że nie chciałam kontynuować tej rozmowy i uważałam ją za zakończoną. Do wielkiego i wyczekiwanego przez wszystkich, jedynego takiego balu maturalnego, który i tak co roku wyglądał identycznie, zostało osiem miesięcy. Nie było sensu rozwlekać tej sprawy już w październiku.
— A jak u ciebie? — zaczęła po chwili. — Jak mama? Trzyma się?
— Słuchaj, muszę kończyć — rzuciłam natychmiast — obiecałam jej, że pojedziemy na zakupy.
— Ale fajnie! — zapiszczała niezwykle uradowana perspektywą zakupów. — Chcesz sobie kupić jakąś sukienkę? Tam w Japonii mają naprawdę piękne rzeczy.
— Nie, tylko makaron i warzywa. Jedziemy do spożywczego.
Uśmiechnęłam się pod nosem na wyobrażenie jej miny.
— O… też fajnie. No dobra, ciulowo. Właściwie nawet gorzej.
— Muszę spadać. Zadzwonię później.
— Jasne. Na razie.
Po czym odeszłam od biurka i rzuciłam się plackiem na łóżko. Zapomniałam czym zajmowałam się przed rozmową z przyjaciółką i niewiele mnie to obchodziło w tamtej chwili. Drzemka brzmiała świetnie, dlatego ułożyłam ręce pod głową i przymknęłam oczy.
Prawdę powiedziawszy nie chciałam w ogóle udawać się na zajęcia dodatkowe. Obmyślałam masę scenariuszy zwalniających mnie z tego obowiązku. Ani jeden nie wydawał się prawdopodobny, a większość brzmiała abstrakcyjnie. Nie mogłam zgłosić się na ochotnika do sprzątania sali gimnastycznej, ponieważ ta zwalniała się dopiero późnym wieczorem, a co za tym idzie, zmuszona byłabym wracać do szkoły przed godziną dwudziestą — kretyństwo. Nie nadawałam się do samorządu szkolnego, bo niewiele interesowało mnie życie szkolne, a ludzie, z tego co widziałam, i tak za mną nie przepadali. Mój talent organizatorski ograniczał się do jednostek, nie potrafiłam kierować grupą, ale byłam niezła w zarządzaniu własnym czasem. O propozycji Ayame nie pomyślałam ani przez chwilę. Byłam w czarnej dupie. Zawisłam pomiędzy znienawidzonymi czynnościami a niezaliczeniem semestru.
Jadłam śniadanie, gdy dźwięk odebranej wiadomości wytrącił mnie z zamyślenia. Skarcona przez matkę natychmiast schowałam komórkę pod stół i odczytałam:
Yo: Będę u cb za 5 minut, bejb!
Natychmiast zerwałam się z siedzenia. Pośpiesznie chwyciłam śniadanie, zarzuciłam kurtkę na ramiona, po czym wyszłam.
Yosuke dostrzegłam natychmiast po opuszczeniu domu, kroczył idealnie ścieżką pijaków — jak tata zwykł nazywać nasz mały, powykręcany chodniczek, którego nienawidził absolutnie każdy prócz niego samego, pomysłodawcy. Wiewiór uśmiechał się od ucha do ucha, lecz z każdym kolejnym stawianym krokiem, mars na jego czole się pogłębiał. W końcu stanął i wzruszył ramionami, czekając na mnie.
Bez słowa przeszłam wzdłuż trawnika, ignorując istnienie jakiegokolwiek, pieprzonego chodnika.
— Kto wymyśla takie dziwactwa? — zapytał.
— Tata zawsze wie najlepiej — westchnęłam. — Zasada bierze w łeb, kiedy idzie z zakupami.
Twarz Seksiaka natychmiast się rozpogodziła. Prezentował się nieźle. Nieźle jak na faceta. W szkolnym mundurku, nieco niższy ode mnie, z pasiastym krawatem zawiązanym tuż pod szyją i wyciągniętą koszulą ze spodni mogłam uznać go naprawdę za godnego polecenia, aczkolwiek nasze kontakty osobiste zaburzały nieco mój widzenia.
Ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego, kiedy niespodziewanie przemówił:
— Przetrwałaś beze mnie.
Uniosłam brew.
— A dlaczego miałabym tego nie zrobić?
— Wiesz, zwykle nikt nie znosi humorków Aomine. Poza tym, darzysz mnie zbyt wielkim uwielbieniem…
— Nigdy tego nie powiedziałam…
— Żeby wytrzymać beze mnie tyle czasu — dokończył. — To oczywiste, że musiało być ci ciężko.
Rozejrzałam się na przejściu dla pieszych i wywróciłam oczyma na jego typową paplaninę.
— Co wszyscy do niego mają? Jest taki jak ja czy ty…
— Ho ho, uważaj lepiej na to co mówisz — zaśmiał się. — Nie widziałaś go jeszcze w akcji. Nie bez powodu ludzie się go obawiają. To pieprzony potwór.
Zamyśliłam się. To nie tak, że Daiki wiecznie opuszczał zajęcia. Przychodził na nie, ale zamiast w tablicę, wpatrywał się w okno. Uważałam go za kogoś maksymalnie pogrążonego we własnych myślach. Znacznie bardziej od innych osób, które spotkałam. Aomine był trochę zamknięty we własnej przestrzeni, a jedyny podgląd z zewnątrz mieliśmy na nią, gdy grał. Dopiero wtedy dookoła zachwycony nim tłum rzucał och i achy. Przejrzałam dziesiątki filmików z jego udziałem na YT. Przeczytałam setki komentarzy pod nimi. Bez wątpienia, mimo iż tego nie wiedział, był osobą rozpoznawalną. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego tak wiele osób za nim nie przepadało, chociaż go podziwiali.
— Myślisz, że on ma Aspergera? — zapytałam całkowicie poważnie.
Głośny śmiech Yosuke sprawił, że mimowolnie ja także się zaśmiałam.
— Najlepsze, że to nawet do niego pasuje — odparł.
Tygodniowa nieobecność prawdopodobnie wpłynęła na jego zaangażowanie w nieodstępowaniu mnie na krok. Z nadmierną ekscytacją opowiadał mi historię swojego ostatniego wypadu do wesołego miasteczka. Wymachiwał przy tym dłońmi, o mało nie trącając przechodniów. Podskakiwał i spoglądał co chwilę na moją twarz, jakby czekał na odpowiedź. Ja z kolei co kilka sekund odsuwałam się lekko od niego i rzucałam na boki zniecierpliwione spojrzenia. Unosiłam brew na co większy pokaz zaangażowania emocjonalnego Yosuke, a raz nawet zupełnie go zignorowałam i kazałam mu się zamknąć.
Do czasu przerwy śniadaniowej nie zdołałam uwolnić się od niego nawet na chwilę.
Szłam korytarzem na ostatnim piętrze i dopiero po kilku chwilach dostrzegłam Aomine u swego boku. Z dłońmi w kieszeniach podążał moim śladem, mrużąc co chwilę oczy, a uczniowie przed nami odskakiwali na bok, gdy tylko pojawiał się na ich drodze.
— Nie wierzę — mruknęłam. — Po prostu nie wierzę, że mnie wykorzystujesz.
Zerknął w bok całkowicie znudzony.
— He? O co ci chodzi? — zapytał.
— To dość perfidne z twojej strony, że zmywasz się, kiedy tylko Yosuke pojawia się na horyzoncie — zauważyłam.
Mogłam przysiąc, że kącik ust Daikiego zadrżał. Szybko jednak założył ręce za głowę i ziewnął.
— Nie pomyślałaś o tym, że może nie bardzo mam ochotę za tobą łazić? Nie bierz tego do siebie, ale nie jesteś w moim guście.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Który facet w związku mówi podobne rzeczy do zwykłej laski z klasy? Rany, Aomine był naprawdę popieprzony.
— Łazić? Za mną? — prychnęłam. — Wypomnę ci to następnym razem, kiedy będziesz potrzebował mojej…
— Nie potrzebowałem twojej pomocy — warknął. Patrzył na mnie rozzłoszczony.
Boże, faceci i ich zasrane ego.
— Sama wyskoczyłaś z łapami, ja cię nie zatrzymywałem — dokończył.
Wolałam mu nie przypominać, że to on pojawił się w moim domu. Już wystarczająco ciskał gromami. Rany, koleś naprawdę miewał zmienne nastroje i to częściej niż niejedna kobieta.
Rozszerzyłam oczy, pojmując jak bardzo dwuznacznie zabrzmiały jego słowa, co niestety nie umknęło nikomu kto nas mijał.
— Świetnie, po prostu świetnie — szeptałam pod nosem.
Przyśpieszyłam, a Aomine natychmiast uczynił to samo. Wsunęłam się do najbliższej klasy i już chwytałam klamkę, gdy nagle pojawił się za mną i popchnął mnie w głąb sali. Cudnie, cudownie po prostu. Nie zapraszałam go, więc po co za mną łaził? Z tego co zauważyłam, był na mnie maksymalnie wkurzony. Powinien iść w czorty i robić swoje. Spać czy się obżerać, co tam se wolał.
Podeszłam do ławki najbliżej okna i z westchnieniem opadłam na nią. Wzrok utkwiłam w jadących po ulicy samochodach.
— Słuchaj, Imaizumi — zaczął Aomine — dzi…
— Nie wiem, na jakie zajęcia dodatkowe się zapisać. Nie obraź się, ale macie gówniany wybór — przerwałam mu, zanim zdołał dokończyć.
Zamrugał kilkakrotnie, siedząc niedaleko na parapecie z nogami wyciągniętymi przed siebie i rękoma zaplecionymi na piersi.
— Po co miałabyś na to chodzić? — zapytał.
— Każdy musi. Podejrzewam, że nie mam wyjścia. — Wzruszyłam ramionami.
Prychnął, po czym zmierzył mnie spojrzeniem pełnym krytyki i powątpiewania. Nawet nie chciałam wiedzieć, o czym myślał, jego mina mówiła mi dostatecznie mocno, za jak wielką pokrakę mnie uważał. Nie żeby mnie to w ogóle obchodziło. W końcu to Daiki, on każdego nazywał głupim nieudacznikiem.
— Wybierz kaligrafię, to powinno ci się przydać — zaszydził.
Miałam ochotę kopnąć go w tyłek. Ja nawet koła nie potrafiłam narysować tak, żeby nie przypominało prostokąta czy kwadratu.
— Nie zbłaźnię się, do cholery — rzuciłam, krzywiąc się niemiłosiernie.
— Twoje pismo to wystarczająca błazenada — parsknął najwyraźniej szalenie z siebie zadowolony.
— Skończyłeś już? — zapytałam, wkładając w to cały jad, jaki w sobie przechowywałam.
Utkwił we mnie oczy, a ja po raz kolejny nie mogłam oprzeć się przed stwierdzeniem, że były naprawdę piękne. Burzowe, zimne, lecz niezaprzeczalnie piękne. Pasowały do niego. Do ciemnej karnacji, chłodu, jakim częstował każdego, kto odważył się odezwać w jego obecności. Do jego stylu bycia.
Wtedy to we mnie uderzyło. Przez cały czas zastanawiałam się nad tym, jak wielkim odmieńcem był Yosuke, kiedy Aomine nie pozostawał daleko w tyle. Seksiak absorbował mnie swoją obecnością za każdym razem, kiedy znajdował się w pobliżu. Kompletnie odsuwał myśli od Aomine, choć, nie ukrywajmy, to jego byłam znacznie bardziej ciekawa. Zamkniętego faceta, który na okrągło drwił i nie potrafił okazywać słabości. Spał na zajęciach i udawał, że nic go nie interesuje. Mimo to rozmawiał ze mną, starając się przy tym zachować resztki ogłady. Oczywiście w typowy dla siebie sposób, ale przecież liczyły się chęci. Daiki wykazywał inicjatywę stania daleko za Seisim. Jak gdyby wiedział, że zadawanie się z nim odsunie od niego niechciane spojrzenia i przeniesie na rudzielca uwagę ciekawskich. Jak gdyby nie chciał nikogo do siebie dopuścić.
— Dołącz do klubu koszykarskiego — przemówił całkowicie poważnie.
Pokręciłam głową wyrwana z zamyślenia i przez chwilę przetwarzałam informacje, nadal wpijając w niego spojrzenie.
— Co? — Nie dowierzałam.
— Kosz — powtórzył. — Dołącz do naszego koła.
— Że co?
Zaczesał włosy do tyłu i zirytowany warknął:
— Imaizumi, nie każ mi się powtarzać, do cholery!
Roześmiałam się na cały głos. Zwariował. Absolutnie. Oczyma wyobraźni widziałam siebie na boisku, wyłożoną na parkiecie jak długa z wielkim guzem pośrodku czoła. Tak bardzo nadawałam się do koszykówki jak on do szydełkowania. To po prostu nierealne. Każdy powinien wiedzieć, do czego był stworzony, a ja wiedziałam, że ostatnią rzeczą, do której się nadawałam był sport.
— Oszalałeś. Ja piłki nie potrafię w dłoniach utrzymać. Z aparatem ledwo mi wychodzi. — Mówiąc wskazywałam na pasek zawieszony na szyi. Tylko dzięki niemu mój sprzęt jeszcze żył.
— A czy ja mówiłem, że musisz dołączyć do drużyny? — syknął.
— Czy to nie jedno i to samo? — nabijałam się.
— Jesteś głupia, czy tylko udajesz?
Po kiego innego grzyba zapisywać się na dodatkowe zajęcia, jeżeli nie zamierzało się w nich brać udziału, a przynajmniej nie czynnego. Uczniowie należący do klubu pływackiego pływali, siatkarskiego grali w siatkę, a chemicznego po prostu uczyli się rozszerzonej chemii. Nie sądziłam, by którekolwiek z nich uczęszczało na ponadprogramowe lekcje i nie było na nich aktywne. Grono pedagogiczne z pewnością by na to nie pozwoliło, a przynajmniej w mojej poprzedniej szkole coś podobnego nigdy nie uchodziło płazem. Oczywiście w klubach sportowych istniały także inne zajęcia prócz samej gry, niemniej wszystkie stanowiska wymagały znajomości zasad i całej gamy innych wytycznych, o których ja nie miałam zielonego pojęcia. No, prawie wszystkie. Zawsze jeszcze istniały…
Rozszerzyłam oczy i stanęłam na nogi.
— Załapałaś. — Kpina nadal pobrzmiewała w jego głosie. — Kumasz wolno jak Kagami, ale dla ciebie jest jeszcze nadzieja.
Chwyciłam swoje rzeczy i bez zwłoki ruszyłam do wyjścia. Musiałam natychmiast znaleźć trenera albo chociaż dziewczynę Aomine.
Już miałam wychodzić, gdy stanęłam przy drzwiach i obróciłam głowę. Z lekkim uśmiechem na ustach powiedziałam coś, czego jeszcze nikt nigdy ode mnie nie usłyszał.
— Mówił ci już ktoś, że jesteś bystry?
Opary szyderstwa, jakie dotąd unosiły się nad chłopakiem, zniknęły w ułamku sekundy, pozostawiając go równie zaskoczonego jak mnie. Szybko jednak wyszłam z klasy, jeszcze zanim zdążyłabym pożałować, że coś podobnego opuściło moje gardło.
Czytaj dalej

Rozdział 7

22 lip 2017

Brak komentarzy
Jedzenie mnie męczyło… Nie, nie jedzenie, a towarzystwo przy stole. Mama uśmiechała się nazbyt często i zbyt szczebiotliwie odpowiadała na pytania babci. Odnosiłam wrażenie, że zaraz wejdzie jej do gardła. Słowo daję, synowa z teściową nie powinny dogadywać się aż tak dobrze. To niepokojące. Szczególnie patrząc na to, jak często słyszy się o takich przypadkach. Ojciec zezował oczyma na telewizor, co w ogóle mnie nie dziwiło. Robił to odkąd pamiętałam, jakby słuchanie wiadomości podczas kolacji miało uratować jego życie. Gdzieś w środku podejrzewałam, że był uzależniony od tej pieprzonej skrzynki i nie dziwiłam się matce, że chwilami miewała ochotę przydzwonić w szklany ekran krzesłem. Sama podzielałam to pragnienie i cierpliwie oczekiwałam dnia, w którym babcia Ami nas wyręczy.
— Jak szkoła? — zapytał nagle tata.
Wzruszyłam ramionami i zatopiłam się w posiłku. Groszek potrafił być naprawdę fascynujący, kiedy już unikało się z całych sił niechcianych spojrzeń.
— Coś nie tak? — dopytywała podejrzliwa mama. Z miny, jaką mi posłała, jasno mogłam wydedukować, że brak odpowiedzi ją zmartwił.
— Nie. Jest okej — rzuciłam skryta za włosami.
— Tōō chyba nie jest takie straszne, co? — Ojciec dłubał mi dziurę w brzuchu.
— To szkoła, nie dom duchów — odpowiedziałam, unosząc brew.
Roześmiał się, choć nic zabawnego w mojej odpowiedzi nie było. Głośne westchnięcie dobiegło z drugiej części stołu. Z przymkniętymi powiekami czekałam na następny zestaw pytań. Mama zawsze miała do mnie pretensje o to, jak niewiele jej mówiłam. Myślę, że gdzieś w głębi brakowało jej wspólnych zakupów, malowania paznokci czy robienia nawzajem makijażu. Nigdy oczywiście nie dała tego po sobie mocno poznać, ale widziałam czasami u niej owo szczególne, tęskne spojrzenie, jakie matki zwykły posyłać dzieciom, gdy nie wiedziały jak mają do nich dotrzeć.
— Oj przesłuchujecie ją, jakby była na komendzie — zawołała babcia. — Mnie to bardziej interesuje, czy poznała już jakichś ciekawych młodzieńców — dodała, rumieniąc się delikatnie.
Tata natychmiast obrócił głowę, a mama rozszerzyła nieco oczy. Wyglądało na to, że nawet telewizor postanowił zamilknąć. Patrzyli na mnie z widelcami w połowie drogi do ust.
Pół roku wcześniej prychnęłabym pod nosem i zbyła ich ciekawość cynicznym tekstem albo udała, że nic nie słyszałam. Pewnie towarzyszyłaby mi wówczas Flo i przyglądała się całemu zajściu z politowaniem, a zaraz potem wciągnęłaby wszystkich w swoją fascynującą historię o wpadkach, jakie zaliczyła z rodziną w ciągu ostatnich wakacji. Ludzie uwielbiali słuchać opowieści o zabawnych wtopach znajomych. Trochę jakby dzięki temu czuli, że nie tylko oni napotykali problemy na swojej drodze.
Otworzyłam usta, ale w tej samej chwili śmiech ugrzązł mi w gardle i zamiast tego rzuciłam:
— Mam kilku znajomych. — Po czym dodałam na widok radości emanującej z mamy: — Ale to nie jest żadna przyjaźń. I tak rozstaniemy się za kilka miesięcy, kiedy wrócę na studia do Stanów, oni wiedzą.
Kiwali głowami, ale mogłam się założyć, że przyswoili jedynie pierwszą część z całego wywodu. Zresztą nie zamierzałam im nic udowadniać.
— Podasz mi sól, kochanie — zaświergotała mama do taty.
O mały włos się nie zachłysnęłam jedzeniem. Gwałtownie wstałam od stołu i rzuciłam:
— Idę do siebie.
— Minako! — krzyknął ojciec, ale nie słuchałam, nie obejrzawszy się nawet za siebie, pobiegłam do schodów i pobiegłam na piętro.
Leżałam i bezmyślnie wpatrywałam się w ekran komputera, gdy pokój tonął w świetle niewielkiej lampki. Miska z popcornem spoczywała u mego boku, a Hugh Jackman co kilka minut przerywał ciszę panującą wokoło, klnąc i krzycząc. Film był ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, ale nie potrafiłam wymyślić nic bardziej sensownego, a oglądanie kabaretów z resztą rodziny w salonie mnie nie satysfakcjonowało.
Z westchnieniem wstrzymałam odtwarzanie i obróciłam się na plecy. Może powinnam napisać do Yosuke. W końcu to nie tak, że bałam się do niego odezwać czy wolałam trzymać go na dystans piętnastu kilometrów, ale zwyczajnie nie chciałam się narzucać. Jeżeli naprawdę był tak przeziębiony jak mówił, może powinnam chociaż zapytać czy nie czuje się lepiej lub czy niczego nie potrzebuje? Tak wyglądała komunikacja międzyludzka, ale oczywiście ja byłam w tym totalnie do dupy.
Chwyciłam telefon w tej samej chwili, w której dźwięk połączenia przerwał mój spokój. Zatrzymałam palec w połowie ruchu, gdy dostrzegłam nieznany numer.
— Słucham?
— Jesteś w domu? — Usłyszałam.
— Zależy dla kogo.
— Imaizumi, to prosta odpowiedź. Jesteś, albo cię nie ma.
Wywróciłam oczyma. Kąśliwy ton wypowiedzi, żądnego pocałuj mnie w zadek na powitanie, przekonanie, że wszystko mu wolno i brak ogłady. Doskonale znałam odpowiedź na to, kto znajdował się po drugiej stronie.
— To ty — mruknęłam. — No jestem w domu. Czemu pytasz?
— Świetnie, to wyjdź.
Zachłysnęłam się własną śliną.
— Co ty robisz przed moim domem? I skąd wiesz, gdzie mieszkam? — zapytałam.
Głośne warknięcie obiło mi się o uszy.
— Nie zadawaj głupich pytań! Otwórz mi drzwi — wysyczał.
Przestraszona tym, że mógłby wcisnąć dzwonek, w ciągu zaledwie dziesięciu sekund znalazłam się przy drzwiach wejściowych. Ostatnim czego chciałam, to tata, mama albo, nie daj boże, babcia otwierający mu. Gwałtownie pociągnęłam za klamkę, marszcząc gniewnie czoło.
— Ile można czekać? — zawarczał.
Miałam ochotę kopnąć go w jaja. Z całej siły i mocnego rozmachu.
Stał po drugiej stronie, całkowicie w cieniu. Kaptur przesłaniał mu całą twarz i z mojej perspektywy wyglądał, jakby nie mieścił się we framudze. Dłonią dotykał głowy, mamrocząc pod nosem.
— O co cho… Mój boże, co ci się stało?! — wysapałam, kiedy się zbliżył.
Nic dziwnego, że się zasłaniał. Mimo opalenizny doskonale widać było ślady zaschniętej krwi na jego policzku. Z rozciętej wargi spływała co chwilę wąska stróżka tak szybko mknąca w dół, że nie nadążał jej ścierać. Rękaw przyciskał do brwi, prawdopodobnie rozciętej, a jego nos całkowicie pokrywała czerwień.
Bez słowa pociągnęłam Aomine za sobą na górę wprost do łazienki i nakazałam mu ściągnąć zabrudzone rzeczy.
— Daj, wrzucę do prania.
Zatrzymał się w połowie ruchu. W jasnym pomieszczeniu jego oczy zdawały się być niebieskie jak ocean. Porażająco czysty i głęboki.
— Nie trzeba. Wystarczy zaprać to gówno — syknął.
Nie miałam zamiaru z nim dyskutować, podobnie jak nie zamierzałam pozwalać mu wrócić do domu z brudnymi, umazanymi w krwi ubraniami. Szybko chwyciłam granatową bluzę i wrzuciłam do pralki, pomimo syknięć i sprzeciwów.
— Mówiłem ci… — zaczął. Pochylony nad umywalką obmywał twarz dłonią i czyścił ręce. Spojrzał na mnie krzywo przez ramię, lecz natychmiast zamknął oko, ponieważ krew w dalszym ciągu lała się ze zranionej brwi.
Westchnęłam.
— Musi ci ktoś założyć szwy — rzuciłam. — Inaczej zostanie blizna.
Aomine zesztywniał i prychnął pod nosem. Przeczuwałam, że nie na rękę było mu powiadamianie kogokolwiek o tym incydencie. Co tu się dziwić, z pewnością miałby przez to niemałe problemy. Nie zamierzałam się w to mieszać. Jeżeli był wystarczająco głupi, aby z takimi gabarytami pakować się w bójkę, to powinien znieść kilka zadrapań i niewielki krwotok nosa.
Przyglądałam mu się krótką chwilę, gdy nieporadnie usiłował się doczyścić. W końcu wywróciłam oczyma i podeszłam do umywalki.
— Siadaj na kiblu — poleciłam.
Skrzywił się zdecydowanie niezadowolony ani z mojego tonu, ani z tego co chciałam uczynić. Dumna postawa i o dziesięć centymetrów wyższa sylwetka nie mogły mnie zniechęcić.
— Zamierzasz się kłócić? Teraz? — dopytywałam.
Najwidoczniej także uznał tę walkę za bezsensowną, gdyż po chwili zasiadł na wannie. Czy zawsze musiał stawiać na swoim? To robiło się męczące.
Zwilżyłam ręcznik i delikatnie przyciągnęłam go do skroni, na co Aomine rzucił mi srogie spojrzenie, ale nic nie powiedział.
— Nie zamierzam ci pozwolić wykrwawić się w mojej łazience — rzuciłam, uśmiechając się lekko. — Jak niby miałabym wyjaśnić to policji… albo rodzicom — dodałam.
Siedział cicho i przyglądał mi się uważnie. Jego twarz zupełnie pozbawiona wyrazu wyglądała jak mieszanina nędzy i politowania. Po raz pierwszy stałam tak blisko niego i wprawiało mnie to w lekki dyskomfort. Nie zwykłam tak spoufalać się z mężczyznami, ale właściwie dopóki nie poznałam jego oraz Yosuke z żadnym facetem nie rozmawiałam dłużej niż przez dziesięć minut.
— Przesadzasz — rzekł, a w jego tonie nie pobrzmiewała ani krztyna złośliwości. Po prostu siedział z nogami rozłożonymi przed sobą i unosił głowę. Posłusznie. Przez myśl przebiegło mi, że poddał się, ponieważ był zmęczony.
Nachylałam się nad nim i prawdopodobnie chuchałam mu powietrzem prosto w twarz. Po co to robiłam? Ledwie go znałam. Dwadzieścia dni. Był mi przecież obojętny. Nie rozmawiałam z nim. O nic nie prosiłam. Mogłam wyrzucić go za drzwi albo pozwolić zająć się tym gównem samemu.
Mimo natrętnych myśli, po kolei ścierałam brudne smugi z jego czoła, odsuwałam na bok kosmyki włosów — nie umknęło mej uwadze jak bardzo gładkie i miłe w dotyku były — by móc doczyścić skronie. Delikatnie przecierałam ręcznikiem nos, który, dzięki boku, przestał już krwawić. Co dalej? Miałam mu wyczyścić też szyję?
Zarumieniona wskazałam na jego dekolt i mruknęłam:
— Plamę masz… trochę tak. — Odwróciłam wzrok.
— Nie zapytasz co się stało? — rzucił nagle.
— Nie.
Aomine stanowił zaprzeczenie mej opinii o Japończykach. Wielki, szeroki, do tego przyjemnie pachniał i posiadał niecodzienny odcień włosów. Za wysoki, zbyt mocno opalony, zbyt nieprzewidywalny. Nie pasował do mojego obrazu. Był… inny. Tak jak ja. Chyba dlatego w ogóle chciałam przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
— Skąd masz mój numer? — zapytałam.
Wzruszył ramionami. Chryste, naprawdę był szeroki i jednocześnie szalenie smukły. Mięśnie rysowały się pod ciasną, czarną koszulką, którą miał ma sobie.
— Od Satsuki — mruknął.
Zrozumiałam, że mój adres dziewczyna także mu podała.
— Dlaczego…
— Bo by się zagęgała, gdybym do niej poszedł — przerwał mi. — Ty nie klepiesz bezsensu i nie jesteś tak bardzo wkurzająca.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie byłam tak bardzo wkurzająca, co oznaczało, że zasługiwałam na większy przejaw zaufania od jego własnej dziewczyny? Gdzie w tym wszystkim logika? Nie miał pewności czy nie spanikowałabym na widok jego twarzy niemalże całej zalanej krwią. Nawet nie wiedział czy znajdowałam się w domu. Ten facet był pełen sprzeczności.
— Gotowe — przemówiłam.
Gorąco zalało moje policzki, więc natychmiast obróciłam się do niego plecami i podeszłam do umywalki. Zasłoniłam się włosami. Westchnęłam głęboko na widok zachlapanej ceramiki i płytek. Nie mogłam zostawić łazienki w takim stanie. Nie daj boże rodzice wpadliby do środka w tej samej chwili, w której opuściłabym toaletę. Masa niepotrzebnych pytań i podejrzliwe spojrzenia nie były tym, czego aktualnie potrzebowałam.
— Sprzątnę tutaj. Zaczekaj na mnie w pokoju. Drugie drzwi na lewo — poinformowałam.
— Pójdę już do domu.
Wywróciłam oczyma, ścierając z płytek różowe zacieki.
— Nie pójdziesz w samej koszulce. Dam ci bluzę. Powinnam coś znaleźć.
Nie odpowiedział. Wyminął mnie i jak poleciłam udał się do pokoju.
Sprzątnięcie bałaganu zajęło mi dobre kilka minut. Papier co chwilę spłukiwałam w toalecie, by pozostawić jak najmniej śladów po tym co zaszło. Nawet lustro nosiło kilka małych kropel krwi. Nie wspominając o zapaćkanej podłodze, z której zmuszona byłam zeskrobywać czerwone kleksy. Mężczyźni sprawiali same kłopoty, dokładnie tak mówiła moja mama.
Aomine siedział na hamaku przymocowanym w rogu pokoju. Odchylony do tyłu z rękoma za głową i zamkniętymi oczyma trzymał na kolanach pustą miskę po popcornie. Spał? Chyba nie miał trudności z zasypianiem. Podczas szkolnych przerw wielokrotnie widziałam jak ucinał sobie drzemkę na parapetach bądź zajmował otwarte sale lekcyjne. Wszędzie potrafił znaleźć odpowiednie miejsce.
Obrzuciłam go krótkim spojrzeniem i podeszłam do szafki.
Za mała, za mała, za krótka, zbyt kobieca, za czerwona.
Po kolei odsuwałam wieszaki. Tata jako zapalony fan Soxów, Celtics i prawdopodobnie wszystkich drużyn, jakie kiedykolwiek reprezentowały Boston, podsuwał mi co chwilę coraz to dziwniejsze ciuchy — głównie bluzy i koszulki — a ja jako sportowy idiota odkładałam wszystkie do szafy, aby nie robić mu przykrości. Od czasu do czasu nosiłam je po domu i niekiedy zakładałam, gdy wybierałam się do sklepu. Im większa, tym lepsza, a przede wszystkim cieplejsza.
Zerknęłam szybko na metkę. Yosuke wspominał o rozmiarze xxl, więc powinna być dobra.
— Lubisz amerykański bejsbol? — zapytałam.
Cisza, jaka nastąpiła po tych słowach była ogłuszająca. Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na Daikiego. Wpatrywał się w zdjęcia przyklejone do ściany. Kilka dni wcześniej po odebraniu wywołanych fotografii zapełniłam ostatnie puste miejsca. Większość z nich nie nadawała się do oglądania. Część przedstawiała ludzi. Staruszków, noworodków, łzy, krew, stare, opuszczone budynki. Z tego co pamiętałam, gdzieś znajdował się również szczur z kawałkiem chleba w łapkach. Wszystkie monochromatyczne. Różnił je jedynie filtr.
Niespodziewanie poczułam się naga. Odnosiłam wrażenie, że patrzył wprost na mnie. Głęboko i uporczywie. Czułam się jak gdyby przyglądał się scenom ukazanym na zdjęciach moimi oczyma. Uśmiechniętej twarzy mamy, wywróconemu do góry brzuchem Pasztetowi, panu Aaronowi, który tańczył z kosiarką. Widział moje życie. Znajomych. Pijaną twarz, gdy usiłowałam zrobić zeza. Nawet zdjęcie zrobione przez Flo, kiedy zdenerwowana leżałam pod bramką z telefonem w dłoni na zajęciach wuefu.
Nie podobało mi się to uczucie.
Aomine stanowił zbyt intensywny dodatek dla mojego zacisza. Nawet milczący wprowadzał niepewność i powodował, że zagryzałam dolną wargę ze zdenerwowania. Po co patrzył? Chciał mnie wyśmiać? Ignorować? Nie lubiłam, kiedy ktokolwiek wgapiał się w moje prace. Przywiązywałam niesamowitą wagę do swoich dzieł i wkładałam w nie całe serce. Nie chciałam, aby inni je oglądali.
Podeszłam do niego i rzuciłam mu bluzę na kolana. Dopiero wtedy zmarszczył brwi, aż plaster najechał na jego oko.
Taki stan rzeczy odpowiadał mi znacznie bardziej.
— Cleveland Indians? — zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
— Większej nie mam.
Chwycił w dłonie jasną bluzę i pośpiesznie przełożył ją przez głowę. Nie mogłam uwierzyć w to, że była na niego za duża.
— Mogę dać ci mniejszą — zaproponowałam. — Ale nie wiem czy lubisz Metsów. Mam jeszcze Lakersów, gdybyś wolał…
— Ta jest okej. Oglądasz Labirynt? — Skinął głową w kierunku komputera, gdzie Jake Gyllenhaal i Hugh Jackman prowadzili ożywioną rozmowę.
— Lubisz filmy? — zaciekawiłam się.
— Trochę — mruknął, drapiąc się po karku. — A z tobą jak? Interesujesz się koszem? — Wskazał na mnie i moją koszulkę fanowską.
— Tata jest fizjoterapeutą sportowym. Dostaje różne rzeczy, wiele kupuje. Podobno jest dobry.
Z tym stwierdzeniem utracił całe zainteresowanie wszystkim co znajdowało się wokoło niego. Stanął na nogi i rzekł:
— Wygląda na to, że twój ojciec jest ciekawszy od ciebie.
Zacisnęłam zęby, chcąc powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś głupiego, ale zirytowana oparłam tylko dłonie na biodrach i warknęłam:
— Mówił ci już ktoś, że jesteś palantem?
W odpowiedzi zaśmiał się nisko i odparł:
— Wakamatsu powtarza to na okrągło. — Zrobił kilka kroków w stronę wyjścia. — Czas na mnie, Imaizumi. Oddam ci ją w poniedziałek przed szkołą.
Po czym odszedł. Nie dziękując za nic. Po raz kolejny zostawił mnie bez pożegnania, lecz tym razem z głupią myślą, że poniedziałkowego ranka także miał na mnie czekać przy tunelu.
Poirytowana jego arogancją ugryzłam się w język.
Czytaj dalej